Bycie miłą to nasza narodowa specjalność. Potrafimy z uśmiechem tłumaczyć komuś jego własne błędy, dziękować, że nas skrytykował i jeszcze przepraszać, że w ogóle istniejemy. W końcu lepiej być miłą niż trudną, prawda? Tylko że ten medal ma też drugą stronę. Często jest nią chroniczne zmęczenie, frustracja i złość pakowana „do środka”.
Emocjonalna akrobatyka to codzienna walka o równowagę między cudzymi oczekiwaniami a własną prawdą. A potem dziwisz się, że boli cię kark, ściska żołądek i nie możesz zasnąć, bo przez cały dzień ćwiczysz dyplomację zamiast szczerości. A przecież nie musisz być miła. Możesz być życzliwa, uprzejma, empatyczna, ale nie kosztem siebie. Bo „miła” często znaczy: niewygodna dla siebie, wygodna dla innych. Czasem najlepsze, co możesz zrobić, to po prostu powiedzieć nie. Bez przeprosin, wyjaśnień i uśmiechu jak z katalogu.
Kiedy przestaniesz być miła dla wszystkich, świat się nie zawali. Owszem, może ktoś się oburzy, odsunie, ktoś powie, że już nie jesteś taka, jak dawniej. To dlatego, że przyzwyczaili się do uległej wersji ciebie i ta nowa „ty” nie jest im na rękę. Nie jesteś niegrzeczna — po prostu odzyskujesz stery i zaczynasz w pierwszej kolejności dbać o siebie.
Bycie miłą to często strategia na przetrwanie, której nauczyłyśmy się dawno temu. Zadowalałyśmy innych, żeby uniknąć krytyki, nie robić zamieszania, żeby nas lubili. Ale dorosłość polega też na tym, że zaczynasz rozumieć, iż twoje granice są ważniejsze niż cudze zdziwienie.
Przestań być miła. Nie dlatego, że masz być opryskliwa, tylko dlatego, że masz być prawdziwa. Niech twoje „nie” będzie krótkie i spokojne, a twoje „tak” — szczere i z serca. Świat nie potrzebuje więcej miłych dziewczyn. Potrzebuje kobiet, które potrafią mówić wprost, bez uśmiechu z grzeczności i bez lęku, że ktoś się obrazi. Bycie miłą bywa tylko eleganckim sposobem na umniejszanie sobie. A ty nie musisz już tego robić. Jesteś ważna i to wystarczy.
Katarzyna Chober
Fot. Wygenerowano AI