„Recepta na dorastanie” – recenzja

Recenzja książki „Recepta na dorastanie”.
Czy taki twór naprawdę istnieje? Gotowy schemat, proste rady i błogie życie rodzica. To zbyt piękne, by mogło być prawdziwe…

Wychowaj dziecko na szczęśliwego nastolatka. Chciałoby się. Czy ten potencjalny, szczęśliwy nastolatek, nie musi przejść najpierw serii buntu, płaczu i nienawiści do świata? Może tego wszystkiego da się uniknąć, albo chociażby – zneutralizować. Jedno jest pewne. Gotowej recepty na dostanie nie ma! To, co możemy przeczytać w tej książce to rzeczy przydatne. To seria dobrych rad, które powinny wejść w krew każdemu rodzicowi. Nie jest to odkrycie na skale światową. I bardzo dobrze. Nie ma tu miejsca na górnolotne porady i wymysły. Wszystko jest proste, zwięzłe i na pewno nam znane. Wiemy, że powinniśmy doceniać każdy dzień, a jednak tego nie robimy. Wiemy, że powinniśmy zapewniać dziecko o miłości, a jednak o tym zapominamy. Książka „przypominajka”. Takie lektury są o tyle wartościowe, że uzmysławiają pewne rzeczy. Coś jest dla nas oczywiste. Tak bardzo naturalne, że w zasadzie nie wiemy jak to ugryźć. Mam pokazywać dziecku, że go kocham. Jestem rodzicem, więc to chyba normalne? No właśnie. Dziecko to mały, bezbronny stwór, który ma tylko nas. 13 rozdziałów. Napisanych bardzo prostym i trafnym językiem. Czyta się naprawdę szybko i dobrze. Rozdział 9. zasługuje na to, abym o nim wspomniała. Niestety napiszę o jego negatywnym aspekcie. Tytuł brzmi „jak uchronić dziecko przed używkami?”. Znam wielu młodych ludzi. Znam wielu takich, którzy popełniali używkowe błędy. Znam też wielu, którzy takowych nie robili, a dorastali w domach bez miłości. Nie podważam psychologicznej wiedzy samego autora, ale nie mogę zgodzić się z tym, co przeczytałam. Dobre wychowanie, rozmowy o narkotykach, poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Wszystko to brzmi pięknie, ale rówieśnicza presja, starsi koledzy, okres buntu. Mam wrażenie, że to wszystko wychodzi poza ramy „recepty na dorastanie”. Co w tej książce mnie przeraża? To, że podczas jej czytania, miałam wrażenie, że budujemy robota. Ten robot musi odpoczywać, musi być kochany. Odpowiednia ilość jedzenia, nastawienie na sukces. Do tego jeszcze ukierunkowanie na cel i prawie gotowe! Podejście do tematu jest bardzo dobre, ale sama nie wiem czy jego rozwinięcie powinniśmy traktować poważnie. Pewnie kwestie są dla mnie nieco zabawne. Co mam robić, aby moje dziecko miało dużo energii? W tej lekturze możemy się tego dowiedzieć, ale czy nie jest to przesadą? Może nie mnie to oceniać, skoro rodzicem nie jestem. Grupą docelową tej książki chyba jednak tak. Jestem potencjalnym rodzicem, który kiedyś będzie wychowywał swoje dziecko. Nie wiem jednak czy ta książka odrobinę mnie nie wystraszyła. W niej raczej nie ma miejsca na błędy i wyrozumiałość dla samego rodzica. Jeżeli moje dziecko nie będzie energicznym, lubianym, ambitnym dzieckiem to chyba poniosę porażkę… Skądże. Wydaje mi się, że pewne etapy są nieuniknione. Może to podczas tych wszystkich upadków, dzieci uczą się najwięcej?

Przeraża mnie to, że po przeczytaniu tej książki widzę te nadopiekuńcze, najukochańsze i najbardziej troskliwe mamy świata. Te, które nie dają dziecku żyć, bo robią to za niego. Receptę na dorastanie przeczytać naprawdę warto. Z przymrużeniem oka i z uświadomieniem sobie prostoty tej treści. Kochaj, szanuj, wyznaczaj granicę. Dla mnie to kwintesencja tego, co udało mi się przeczytać. Resztę pozostawiam tym bardziej ambitnym.

Paula Purgał
(paula.purgal@dlalejdis.pl)

Brian Tracy, Alec Forstrom, Recepta na dorastanie, Helion, Gliwice 2015



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat