To już czwarta książka autorki po trylogii składającej się z pozycji – „Wyjdziesz za mnie kotku”, „Będzie dobrze kotku” oraz „Jeśli się odnajdziemy kotku”.
Wioletta Sawicka z wykształcenia jest pedagogiem, z zamiłowania dziennikarką, reportażystką i pisarką. Podobno „składa się z samych sprzeczności”.
Co skłoniło Panią do tego, aby zostać pisarką?
Zacznę od tego, że nie uważam siebie za pisarkę, tylko za autorkę powieści. Dla mnie pisarz, to ktoś wielki. Ktoś, kto wszedł do klasyki literatury, kogo się cytuje, kogo twórczość zyskuje ponadczasowe uznanie i którego dzieła omawiane są w szkołach czy na uczelniach. Maria Dąbrowska czy Henryk Sienkiewicz to są pisarze. Zaś literaturę popularną, z jaką najczęściej teraz mamy do czynienia, tworzą autorzy. Tak to rozdzielam i uważam siebie wyłącznie za autorkę. Nie planowałam, że zostanę autorką. Pisząc moją pierwszą powieść „Wyjdziesz za mnie, kotku?” w ogóle nie myślałam o jej wydaniu. Pisałam wyłącznie z własnej potrzeby. Byłam wówczas w takim momencie życia, że musiałam dać ujście nagromadzonym emocjom i przelewałam je do komputera. Zaczęła powstawać z tego jakaś historia. Ta pisanina nie tylko mi pomagała, ale wyzwalała nieznaną mi wcześniej potrzebę pisania. Mąż przeczytał i namawiał mnie bym spróbowała to wydać. Początkowo nie chciałam o tym słyszeć. Wstydziłam się pokazywać fachowcom swojej grafomanii, z obawy, że mnie wyśmieją. Potrzebowałam kilku miesięcy, by odważyć się wreszcie to zrobić. Wysłałam książkę tylko jednemu wydawcy – Prószyńskiemu. Przeżyłam szok, gdy po trzech miesiącach przyszła odpowiedź, że mnie biorą. Tak to wyglądało.
Czy w pisaniu pomagają Pani wcześniejsze doświadczenia dziennikarskie?
Trudno mi to ocenić, ale myślę, że tak. Mam jakąś tam lekkość pisania. Dziennikarstwo jest sztuką skrótu, więc po ponad 20 latach pracy w zawodzie, potrafię precyzować opowiadaną historię, budować napięcie, oddawać emocje. Niezależnie czy piszę reportaż czy powieść. Jednak moje książki nie miałby takiego kształtu, jak widzi je Czytelnik, gdyby nie moja cudowna i niezwykle profesjonalna redaktorka z Prószyńskiego, czyli Ewa Witan. Z nikim, ale to absolutnie z nikim, nie rozbieram tak na czynniki pierwsze swoich książek, jak z Ewą. Mogę śmiało powiedzieć, że uformowała mnie pisarsko. I nie chodzi tylko o sprawy techniczne, jak szyk wyrazów w zdaniu, czy zgodność czasów, ale o coś zdecydowanie więcej, o konstruktywną krytykę. Dla mnie jest ona bezcenna.
Jaki wpływ na pisanie ma dla Pani pobyt w Szwecji?
Ogromne. Prawdopodobnie gdybym nie wyjechała do Szwecji, nie pisałabym książek. Kilkuletni pobyt na emigracji okazał się dla mnie emocjonalnie nieudany. Po powrocie do Polski, aby poradzić sobie z nagromadzonymi przeżyciami, zaczęłam pisać „Wyjdziesz za mnie, kotku?”. Część akcji powieści siłą rzeczy umieściłam w Szwecji.
Napisanie której z książek sprawiło Pani największą satysfakcję?
Pierwszej. To był mój wewnętrzny katharsis. Pisanie mnie dosłownie niosło. Czasem całą noc klepałam w klawisze. Z każdym napisanym rozdziałem, czułam jak coś się we mnie wyzwala. To było niesamowite przeżycie. A tak prawdę mówiąc, to nie czuję satysfakcji, kiedy kończę pisać kolejną książkę. Wręcz czuję smutek, że już rozstaję się z moimi bohaterami, z którymi się mocno zżyłam.
Dlaczego „składa się Pani z samych sprzeczności”?
Ponieważ tak naprawdę trudno mnie przyporządkować do jednego typu charakteru. Sama siebie nie potrafię dokładnie określić. Na pewno cechuje mnie duża wrażliwość, ale też nieźle potrafię pokazać pazury. Jestem raczej męskim typem. Umiem tapetować, malować, szpachlować, skręcać meble, wwiercać kołki w ściany, ale czasem chciałabym się poczuć taką kobietką, która bez wsparcia na męskim ramieniu z niczym sobie nie poradzi. W gruncie rzeczy radzę sobie prawie we wszystkim. Wydaje mi się, że jestem nawet romantyczna, słucham poezji śpiewanej, kontempluję naturę, zbieram kwiaty na łące. Z drugiej jednak strony, najchętniej wkładam dziurawe dżinsy, trampki, w samochodzie słucham rocka, czasem zdarza mi się w domu głośniej podkręcić ostrą muzykę, więc tutaj romantyzm jednak odpada. Mogłabym mnożyć kolejne przykłady, takie ze mnie pomieszanie z poplątaniem.
![]() |
Czy w którejś z książek zawarte są wątki z Pani biografii?
Oczywiście. Dużo takich wątków jest w moim debiucie. Jednak chyba najwięcej zawiera trzecia część „kociej” sagi czyli „Jeśli się odnajdziemy, kotku”. Podobnie jak moja bohatera Anna jestem dziennikarką i mam niczym niezastąpiony potężny deficyt ojca.
Pani Wioletto, czy kiedykolwiek wykonywała Pani zawód pedagoga?
Nigdy. Ani jednej godziny nie przepracowałam w szkole czy w poradni. Dyplom magistra pedagogiki obroniłam na piątkę, ale tylko teoretycznie jestem pedagogiem. W praktyce… no cóż, mam raczej marne zdolności wychowawcze. Cechuje mnie nadopiekuńczość i brak konsekwencji.
Skąd się wziął pomysł na napisanie powieści „Dzień cudu”?
Nie wiem, po prostu wszedł mi do głowy. Byłam w połowie pisania „Jeśli się odnajdziemy, kotku”, kiedy zupełnie niespodziewanie zaczęła mi świtać równolegle całkiem inna historia. Ci nowi bohaterowie tak się zaczęli we mnie panoszyć, że coraz więcej myślałam o nich, niż o dalszych losach Anny i Patryka z „kotków”. Zupełnie tak, jakby ci starzy bohaterowie, naturalnie ustępowali miejsca nowym.
Czy myśli Pani, że czytelnicy przyjmą książkę z takim samym entuzjazmem jak poprzednie pozycje pani autorstwa?
Mam taką nadzieję. Kiedy piszę, nie zastanawiam się czy to co powstaje komuś się spodoba. Skupiam się wtedy wyłącznie na moich bohaterach, ich przeżyciach, emocjach. Jesteśmy tylko oni i ja. To pytanie, czy się spodoba, przychodzi później, kiedy książka ma się ukazać. Wówczas sama je sobie zadaję. Bardzo bym chciała aby „Dzień cudu”, został dobrze przyjęty. To książka, która mówi o rzeczach trudnych, czasem tragicznych, ale też wbrew wszystkiemu, niesie naprawdę duży ładunek optymizmu. To książka o głodzie uczuć, pragnieniu miłości i akceptacji, ale też o rozrachunku z życiem, które może stać się cudem, nawet wtedy, kiedy straciło się już na to nadzieję. Ze wszystkich moich dotychczasowych powieści „Dzień cudu” lubię najbardziej.
Na kim wzorowane są postacie głównych bohaterów powieści „Dzień cudu”, Hanki i Piotra?
Ani Hanka, ani Piotr, nie mają jakichś konkretnych odwzorowań w rzeczywistość. To zwyczajni, przeciętni ludzie, których mamy w sąsiedztwie albo możemy spotkać na ulicy. Hanka skupia w sobie cechy tych dzieci, które dorastały w trudnych środowiskach, a potem w dorosłym życiu, mają problemy z nawiązywaniem relacji. Jako dziennikarka podczas wyjazdów w teren, zwłaszcza po okresie transformacji ustrojowej, spotykałam wiele takich rodzin, jak rodzina Hanki. Piotr zaś jest uosobieniem dojrzałego mężczyzny trochę znużonego życiem. Pozornie jest cyniczny, jednak w gruncie rzeczy to wrażliwiec, który nasiąkł klasycznym systemem wartości. I ta dwójka zupełnie różnych sobie ludzi spotyka się przypadkiem. To jak zderzenie dwóch skrajnych światów.
Czy ostatnia Pani książka będzie kontynuacją trylogii – „Wyjdziesz za mnie kotku”, „Będzie dobrze kotku” oraz „Jeśli się odnajdziemy kotku”?
Nie. To zupełnie odrębna historia.
Jaka jest ta „droga do nieba” o której wspomina Pani na swoim Fanpagu na Facebooku? I jakiego nieba dotyczy?
Niebo to nazwa wioski, z której pochodzi Hanka. Wioska istnieje naprawdę. Leży niedaleko Kętrzyna. W rzeczywistości nazywa się inaczej, ale jej klimat, charakter i wygląd oddałam w książce dość dokładnie. Byłam w tej popegeerowskiej wioseczce kilka razy. Kiedyś usłyszałam takie sarkastyczne stwierdzenie, że żyją tu jak w niebie. Spodobało mi się to określenie, dlatego w powieści nazwałam ją Niebo. Podobno do tego prawdziwego nieba droga jest wyboista i kręta. W książce jest też pylista oraz w jakimś sensie symboliczna.
Czytanie jakich książek sprawia Pani największą przyjemność?
Dobrych. Takich, które mnie pochłoną od początku. Nigdy nie kończę książek, które mnie nużą. Nie potrafię się zmusić, aby brnąć dalej w lekturę, z nadzieją, że potem będzie ciekawiej. Nie mam też ulubionego gatunku. Czasem mam ochotę na coś zabawnego, czasem refleksyjnego, a czasem sięgam po kryminał. Lubię książki z przesłaniem, które dadzą mi coś więcej niż tylko zapoznanie się z fabułą.
Lepiej przeprowadzać z kimś wywiad czy samemu go udzielać?
Jestem dziennikarką z krwi i kości, dlatego zdecydowanie bardziej wolę przeprowadzać wywiady. Pewniej się wówczas czuję, ale rozmowy, w których to ja jestem przepytywana, też sprawiają mi przyjemność. Cieszę się, że ktoś ma ochotę i czas, żeby poczytać, co tam ma do powiedzenia początkująca autorka. Dlatego dziękuję za ten wywiad. To dla mnie wyróżnienie.
Dziękuję za rozmowę.
Agnieszka Krakowiak
(agnieszka.krakowiak@dlalejdis.pl)
Fot. materiały wydawnicze
Komentarze