Wieczór w warszawskim Klubie Komediowym rozpoczyna muzyka zespołu Backstreet Boys z hitem „Quit Playing Games (with My Heart)”. Która z nas na widok chłopaków z teledysku nie czuła, jak jej serce bije mocniej? Ten utwór był wstępem do podróży w czasie bez potrzeby wsiadania do wehikułu. Wystarczyło usiąść na krześle i pozwolić, by improwizatorzy odpalili maszynę napędzaną nostalgią.
Formuła jest prosta i dzięki temu genialna. Publiczność rzuca hasła z przeszłości, a aktorzy natychmiast zamieniają je w sceny, piosenki i miniopowieści. Tego wieczoru poleciały prawdziwe perły: chipsy Lay’s, karteczki, zakupy „na zeszyt” i kultowa gra Hugo. Wystarczyło jedno słowo, by na sali rozległo się zbiorowe „oooo!”, a potem śmiech – ten szczery, podszyty rozpoznaniem.
Motyw chipsów Lay’s, w którym aktorzy z pełnym zaangażowaniem odtworzyli napięcie godne antycznej tragedii, w której stawką jest nie honor rodu, lecz chrupiąca przekąska oraz kasa znaleziona w paczce! Poza bilonem w chipsach były też pamiętne tazosy. Millenialsi wiedzą, że to była nasza podwórkowa waluta! Improwizowana piosenka o czipsikach i jej refren – wymyślony na poczekaniu – publiczność podchwyciła szybciej niż niejeden radiowy hit.
Karteczki: małe, duże, pachnące, z brokatem, z BSB albo te limitowane z „Królem Lwem”. To był kolejny hit! Każdy szanujący się uczeń podstawówki trzymał je niczym skarb w albumie lub klaserze i na przerwach zabierał z klasy, aby tworzyć pierwsze biznesy na szkolnym korytarzu. Improwizatorzy z chirurgiczną precyzją uchwycili szkolną powagę spraw absolutnie niepoważnych.
Zakupy „na zeszyt” wywołały kolejną falę wspomnień. Scena w osiedlowym sklepie była popisem obserwacji: sprzedawczyni z pamięcią lepszą niż niejeden system księgowy. Publiczność reagowała żywo, dorzucając szczegóły, a aktorzy wplatali je w akcję z lekkością, jakby próby trwały miesiącami, a nie sekundy.
Prawdziwy szał wybuchł przy haśle „Hugo”. Natychmiast na scenie pojawił się prowadzący teleturniej z przesadnym entuzjazmem i widz „dzwoniący z domu”, który zamiast sterować trollem, walczył z opóźnieniem sygnału i własnym stresem. Improwizowana piosenka w stylistyce lat 90. była tak chwytliwa, że trudno uwierzyć, iż powstała tu i teraz.
Spektakl żyje dzięki interakcji. Aktorzy nie tylko pytają, ale słuchają. Każda sugestia staje się budulcem sceny, a widzowie czują się współautorami wieczoru. Nie ma czwartej ściany – jest wspólnota śmiechu i wzruszeń. Bo choć dominuje humor, pod spodem pulsuje czułość wobec przeszłości, która może była mniej wygodna, ale za to bardziej analogowa.
„Kiedyś to było” nie jest tylko serią żartów z przeszłości. To rodzaj zbiorowej terapii śmiechem. Improwizatorzy pokazują, że choć świat przyspieszył, a sentyment bywa podejrzany, warto na chwilę wrócić do czasów, gdy największym problemem było to, czy zdążymy przełączyć kanał w grze Hugo albo, czy u Pani w sklepiku szkolnym będzie picie z woreczka. A jeśli przy okazji można zaśpiewać o chipsach i pierwszych miłościach – tym lepiej.
Joanna Sieg-Ulanowicz
„Kiedyś to było” – impro pocieszenia dla Millenialsów, Klub Komediowy, Warszawa, 2026.
Komentarze