„Hadestown. The Musical” – recenzja

Recenzja musicalu „Hadestown. The Musical”.
Mitologia w rytmie jazzu.

Myślałam, że nie lubię musicali. Myślałam, że nie lubię jazzu. Myślałam, że nie lubię kompletnej reinterpretacji czy osadzania w czasach współczesnych klasyki. Myślałam, że wydarzenia na żywo są nie dla mnie. Jak bardzo się myliłam! Aż mi wstyd.

„Hadestown” opowiada historię miłości Orfeusza i Eurydyki osadzoną w czasach nieco bardziej współczesnych nam, acz w rzeczywistości bliżej nieokreślonej. Eurydyka, zmagająca się z głodem i zimnem, trafia do Hadestown, czyli podziemnego królestwa Hadesa, gdzie ludzie pracują przy budowie ogromnego muru. Orfeusz schodzi za nią do Podziemi i przekonuje Hadesa, by pozwolił im odejść, pod warunkiem, że podczas drogi powrotnej nie obejrzy się, by zobaczyć Eurydykę. Historia staje się opowieścią nie tylko o miłości i zaufaniu, lecz także o wyborach podejmowanych w świecie pełnym nierówności, lęku i niedostatku.

Miałam okazję oglądać „Hadestown” na West Endzie (Londyn) w Lyric Theatre we wrześniu 2026 roku. Muzyka, choreografia, światła i scenografia złożyły się na niesamowity, hipnotyczny klimat. Kupiło mnie osadzenie dwóch z moich ulubionych greckich mitów (o Orfeuszu i Eurydyce oraz Hadesie i Persefonie) w Ameryce z lat, kiedy jazz królował w zadymionych barach z industrialnym echem. Trochę retro, trochę noir, trochę sen na jawie. Reżyserka Rachel Chavkin zasłużyła za to wszystko na musicalowego Oscara!

Scenografia zrobiła na mnie ogromne wrażenie: zwłaszcza scena z lampami, która wydawała się prawdziwie magiczna i ruchoma scena, która dodała całości niesamowitej dynamiki. W jednej chwili bar zmieniał się w piekielną fabrykę, a bohaterowie mogli uciekać lub dążyć do czegoś bez końca – dokładnie, jak mogłoby być w piekle. Sceny infernalne może nie były bardzo mroczne, ale przyjemnie ciężkie na pewno. A przy tym bardzo teatralne.

Od kostiumów zaprojektowanych przez Michaela Krassa nie mogłam oderwać wzroku, mimo że w zasadzie były proste. Idealnie oddawały charakter poszczególnych postaci oraz scen. Bohaterowie zmieniali je parokrotnie podczas całego widowiska, co zapewniało dynamikę i harmonię (między postaciami a otoczeniem).

Aż brakowało mi oczu, by patrzeć na wszystkie wyraziste postacie i tancerzy. W niektórych wręcz się zakochałam: Hermes jako czarnoskóra, silna kobieta o magnetycznej energii (Malina Parris); Furie (Melanie Bright, Spike Maxwell, Lauren Rae), które były trochę wyzywające, trochę figlarne, momentami wręcz niepokojące. Wśród nich transpłciowa artystka, co dodatkowo podkreśliło ich nieziemski, wymykający się kategoriom charakter: zmysłowy i złowieszczy. I przede wszystkim Hades. Głos, przy którym nie ma żadnych wątpliwości: to jest Hades. Głęboki, mroczny, hipnotyzujący. Mnie kojarzył się z Wolandem: z tą samą aurą człowieka, który nie musi podnosić głosu, żeby rządzić. Jestem zachwycona tym, jak zagrał go Shaun Dooley.

Choreografię uznałam za piękną. Momentami można ją określić jako prostą, a jednocześnie obrazową i dosadną w przekazie. Bardziej złożonych partii nie było za wiele, jednak myślę, że akurat temu spektaklowi zbyt wymyślny taniec odebrałby „to coś”.

Zróżnicowane piosenki adekwatnie, a to chwytały za serce, a to przyprawiały o dreszcze, a to bawiły, a to wprowadzały w poczucie niepewności. Mocne głosy wokalistek i wokalistów były idealnie dobrane do partii, jakie im przeznaczono. Mnie trochę denerwował zbyt wysoki chwilami głos Nathana Sykesa, wcielającego się w Orfeusza, ale na pewno nie mogę powiedzieć, by był to zły casting. W zasadzie nawet go rozumiem: wszak to nieśmiały, lekko niezdarny młodzieniec, jeszcze chłopiec, który dla wielkiej miłości zdobywa się na zejście do Podziemi. To jeszcze podkreśla, jak wielkiemu wyzwaniu sprostał. Kontrast między nim, a „twardszymi” bohaterami uderza. I to ma swój urok oraz moc przekazu.

Muzyki z „Hadestown” nie da się jednoznacznie określić i w tym widzę jej największy urok.  Jazz i blues wspaniale budowały klimat wraz z warstwą wizualną, a elementy gospelowe  i „lżejsze” idealnie dodawały elementu sacrum lub przełamywały poważniejsze partie. Anaïs Mitchell wiedziała, jak się za to wszystko wziąć, by muzyka została z widzem nawet wiele dni po jego obejrzeniu i wysłuchaniu.

Nie trzeba być szczególnie uważnym widzem, by wychwycić wszelkie nawiązania do tego, co dzieje się z dzisiejszym światem. Subtelnie zaznaczone zostały kwestie podziałów społecznych, głodu na świecie i wskazanie, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy równi: bez względu na to, jak wyglądamy, jakiej jesteśmy płci czy pochodzenia. I choć nie lubię „pchania parytetów” wszędzie, gdzie się da, właśnie ta historia jest doskonała, by wziąć ją sobie na sztandar równości. Wszak wobec śmierci, którą oznacza królestwo Hadesa, wszyscy jesteśmy równi.

Wszystko to podszyte romansem, tęsknotą i smutkiem. „Hadestown” to widowiskowa i melancholijna historia, stara jak świat i niezwykle żywa. To nie tylko opowieść o Orfeuszu i Eurydyce, Hadesie i Persefonie, ale przede wszystkim niezwykle stylowa podróż do miejsca, z którego – jak to w mitach – bardzo trudno wrócić.

Przepadłam bez pamięci. Zamówiłam sobie CD z muzyką właśnie z tego wykonania i stwierdziłam, że z ogromną ochotą zobaczę jeszcze parę musicali. Na West End muszę kiedyś wrócić. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję zobaczyć i usłyszeć „Hadestown”, zróbcie to bez wahania. Jeśli ten musical dał radę w sobie rozkochać aż tak sceptyczną mnie, trudno mi sobie wyobrazić osobę, której się nie spodoba.

Kinga Żukowska

Anaïs Mitchell, Rachel Chavkin; „Hadestown”, Lyric Theatre, 2026.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat