Autorką książki jest Edmée Elizabeth Monica Dashwood, posługująca się skrótem tytułowym jako E. M. Delafield. Dzięki niej przenosimy się w sam klimat brytyjskiej prowincji, wolnej od sztywnych, londyńskich zwyczajów. Angielska wioska sprawia wrażenie sielskiej i nieco nudnawej rzeczywistości. Pozór ten jednak myli, bo ilość sąsiedzkich ekscesów i rodzinnych kłótni w okolicy jest zatrważająca. Mieszkająca w ich centrum główna bohaterka to tytułowa Dama. Mając pełne ręce roboty, dziewczyna z zapałem prowadzi dziennik, utrzymując swoje opowiadanie w narracji pierwszoosobowej. Forma przekazu w jakiej utrzymana jest książka nie jest typowa, dlatego z początku ciężko się do niej dopasować – chwilę później fabuła na tyle absorbuje, że nie zawraca się na tę zmienność uwagi i z przyjemnością płynie wraz z tekstem.
Tajemnicza autorka dziennika wzbudza w czytelniku dużo sympatii. Poznajemy ją jako wytworną arystokratkę, którą nieco nudzi wiejskie tempo życia. Bohaterka organizuje sobie czas. Poza zarządzaniem domostwem i związanym z nim obowiązkami, zajmuje się wnikliwą obserwacją otoczenia. Pojawiające się w książce opisy to drobiazgowa i szczegółowa relacja dziewczyny doceniająca swój zaniedbany dom z pięknym ogrodem, urokliwe okolice, a także proste, choć eleganckie i szykowne stroje. W jej narratorskim życiu pojawiają się i wady – głośne i krzyczące dzieci, zobojętniały mąż, a także niezwykle wścibska sąsiadka. Te trzy elementy nadają tej powieści prawdziwości. Odnalazłam niej wiejski klimat, spokój i dość uniwersalne, elementy uprzykrzające codzienne życie. Ta książka jest po prostu życiowa i prawdziwa.
Cieszę się za każdym razem, kiedy w moje ręce wpada książka o twardej okładce. W taki też sposób wydany został „Dziennik prowincjonalnej damy”, którego najnowszy nakład pojawił się w tym roku w większości księgarni. Twarda okładka daje poczucie lepszej jakości druku i wykonania lektury, jest również mniej inwazyjna, a tym samym bardziej odporna na zniszczenie. Technicznie książka ta liczy sobie niecałe 500 stron, co czyni ją pozycją o znacznych gabarytach. Okładka jest godna… damy, która się na niej pojawia. Czcionka dogodna dla czytelnika, nie męczy wzroku i sprzyja tempu czytania.
Książki jak te kojarzą mi się z „babciową” biblioteczką. Nie jest to w żaden sposób dla niej uwłaczające, bo mam w zwyczaju nazywać tak literaturę obyczajową. Tak czy inaczej, podczas czytania „Dziennika prowincjonalnej damy” bawiłam się wyśmienicie. Jest to dawka humoru o naprawdę wysokim poziomie, który śmieszy i wprawia w dobre samopoczucie. Za jakiś czas bardzo chętnie do niej wrócę. Idealna na nadchodzące ciepłe wieczory, w ogrodzie na wygodnym leżaku, przy zachodzącym słońcu!
Klaudia Dydymska
(klaudia.dydymska@dlalejdis.pl)
E. M. Delafield, „Dziennik prowincjonalnej damy”, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2023
Komentarze