„Dziennik prowincjonalnej damy” – recenzja

Recenzja książki „Dziennik prowincjonalnej damy”.
Przyzwyczaiłam się już do tego, że Wydawnictwo Zysk i S-wydaje tylko dobre jakościowo i ciekawe treści. Tym razem przyszła kolej na nieco inną odsłonę Bridget Jones lat trzydziestych XX wieku. „Dziennik prowincjonalnej damy” to książka o błyskotliwym humorze i zachwycająco zabawnej głównej bohaterce.

Autorką książki jest Edmée Elizabeth Monica Dashwood, posługująca się skrótem tytułowym jako E. M. Delafield. Dzięki niej przenosimy się w sam klimat brytyjskiej prowincji, wolnej od sztywnych, londyńskich zwyczajów. Angielska wioska sprawia wrażenie sielskiej i nieco nudnawej rzeczywistości. Pozór ten jednak myli, bo ilość sąsiedzkich ekscesów i rodzinnych kłótni w okolicy jest zatrważająca. Mieszkająca w ich centrum główna bohaterka to tytułowa Dama. Mając pełne ręce roboty, dziewczyna z zapałem prowadzi dziennik, utrzymując swoje opowiadanie w narracji pierwszoosobowej. Forma przekazu w jakiej utrzymana jest książka nie jest typowa, dlatego z początku ciężko się do niej dopasować – chwilę później fabuła na tyle absorbuje, że nie zawraca się na tę zmienność uwagi i z przyjemnością płynie wraz z tekstem.

Tajemnicza autorka dziennika wzbudza w czytelniku dużo sympatii. Poznajemy ją jako wytworną arystokratkę, którą nieco nudzi wiejskie tempo życia. Bohaterka organizuje sobie czas. Poza zarządzaniem domostwem i związanym z nim obowiązkami, zajmuje się wnikliwą obserwacją otoczenia. Pojawiające się w książce opisy to drobiazgowa i szczegółowa relacja dziewczyny doceniająca swój zaniedbany dom z pięknym ogrodem, urokliwe okolice, a także proste, choć eleganckie i szykowne stroje. W jej narratorskim życiu pojawiają się i wady – głośne i krzyczące dzieci, zobojętniały mąż, a także niezwykle wścibska sąsiadka. Te trzy elementy nadają tej powieści prawdziwości. Odnalazłam niej wiejski klimat, spokój i dość uniwersalne, elementy uprzykrzające codzienne życie. Ta książka jest po prostu życiowa i prawdziwa.

Cieszę się za każdym razem, kiedy w moje ręce wpada książka o twardej okładce. W taki też sposób wydany został „Dziennik prowincjonalnej damy”, którego najnowszy nakład pojawił się w tym roku w większości księgarni. Twarda okładka daje poczucie lepszej jakości druku i wykonania lektury, jest również mniej inwazyjna, a tym samym bardziej odporna na zniszczenie. Technicznie książka ta liczy sobie niecałe 500 stron, co czyni ją pozycją o znacznych gabarytach. Okładka jest godna… damy, która się na niej pojawia. Czcionka dogodna dla czytelnika, nie męczy wzroku i sprzyja tempu czytania.

Książki jak te kojarzą mi się z „babciową” biblioteczką. Nie jest to w żaden sposób dla niej uwłaczające, bo mam w zwyczaju nazywać tak literaturę obyczajową. Tak czy inaczej, podczas czytania „Dziennika prowincjonalnej damy” bawiłam się wyśmienicie. Jest to dawka humoru o naprawdę wysokim poziomie, który śmieszy i wprawia w dobre samopoczucie. Za jakiś czas bardzo chętnie do niej wrócę. Idealna na nadchodzące ciepłe wieczory, w ogrodzie na wygodnym leżaku, przy zachodzącym słońcu!

Klaudia Dydymska
(klaudia.dydymska@dlalejdis.pl)

E. M. Delafield, „Dziennik prowincjonalnej damy”, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2023



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat