Muszę się do czegoś przyznać… zawsze, gdy męska część domowników chciała oglądać wyścigi F1, uważałam to za strasznie nudne i nie mogłam zrozumieć, jak ktoś jest w stanie wstać o 4 nad ranem, by śledzić zmagania kierowców na torze. Ta książka niejako zmieniła moje postrzeganie tego motoryzacyjnego świata. Książka uświadomiła mi, jak wiele elementów musi ze sobą współgrać, aby osiągnąć sukces w tym sporcie. Czytając o wyścigach, czułam emocje, które im towarzyszą i teraz myślę, że przy okazji (o ile nie będzie to wymagało wstawania w środku nocy) sama chętnie obejrzę jakiś wyścig – najlepiej taki ze słonecznego Monako.
Jednak to nie wyścigi były główną osią fabuły, lecz romans – romans i to jaki!
Will to kierowca, który po trudnej przeszłości wraca na tor F1. Mira jest córką jego szefa. Dziewczyna w przeszłości popełniła błąd, który niemal zniszczył karierę jej ojca. Przysięgła sobie, że więcej nie zawiedzie jego zaufania. Obietnica ta jednak okazuje się niełatwa do dotrzymania, kiedy musi się ona oprzeć oszałamiająco przystojnemu bad boyowi. W tym momencie zrobiło mi się niesamowicie gorąco, mimo że za oknem temperatura oscyluje w granicach zera stopni.
Chłodną częścią tego romansu (który rozwija się bardzo obiecująco i jest iście uroczy) jest Mira. Ubolewam, bo jako bohaterka zupełnie nie była ona dla mnie przekonująca. Mimo swoich 23 lat była tak skupiona na przypodobaniu się ojcu, że momentami doprowadzało mnie to do szału. Przez większość książki nie potrafiła zawalczyć o siebie ani o swoje szczęście, co czyniło ją postacią, której trudno kibicować. Chwilami odczuwałam nawet potrzebę, żeby powiedzieć do niej „Hej, dziewczyno! Taki schemat nie jest dla Ciebie odpowiedni i powinnaś go czym prędzej przepracować, najlepiej z terapeutą!”. Odetchnęłam dopiero pod koniec, kiedy Mira w końcu się względnie „ogarnęła”.
Za to główny bohater… o matko i córko, Will to jej zupełna przeciwność – pewny siebie, lekko arogancki, wykreowany na bardzo niegrzecznego chłopca z zasadami, który w głębi duszy skrywa o wiele więcej. Między tą dwójką nieustannie iskrzyło, a gdy napięcie w końcu eksplodowało, wynikł z tego prawdziwy pożar. Dzwoniłam w tym momencie pod 112, bo ja już totalnie nie wiedziałam komu i w jakiej postaci potrzebna będzie pomoc!
Choć naprawdę nie wypada mi napisać, że lubię oceniać książkę po okładce, to trochę tak jest. Lekkie romanse, które dedykuję na wieczorne lektury, bardzo często wybieram kierując się walorami estetycznymi (ba! lubię mieć nawet te „ładne” książki na nocnej szafce!). Nie uniknę przyznania się do tego, że i ta seria zaintrygowała mnie początkowo swoją motoryzacyjną grafiką. Okładka „Fast and Reckless” dość bezpośrednio nawiązuje do wyścigów, nie ma w niej za to krzty romantyzmu, jest za to szybko i nieostrożnie. Dość krzykliwa, choć gabarytowo mieści się raczej w klasycznych rozmiarach. 333 strony, nieco żółtawy papier i przyjemna dla oka czcionka.
Czy polecam? Sam romans to świetna mieszanka pikantnych scen i uroczych momentów. Przy tej historii naprawdę można się wzruszyć, podniecić i szczerze uśmiechnąć. Jestem także skłonna twierdzić, że oznaczenie tego tomu jako pierwszy, zwiastuje kolejne części, które zaserwuje nam Amanda Weaver. Fakt ten mnie nieśmiało cieszy, ponieważ dotychczasowy schemat romansów był mocno powtarzalny, a w tym przypadku autorka wpadła na genialny pomysł, osadzając historię romantyczną w świecie wyścigów samochodowych. Coś innego, coś nieszablonowego… i chyba jeszcze „nieprzejedzonego” przez rynek książki.
Klaudia Dydymska
(klaudia.dydymska@dlalejdis.pl)
Amanda Weaver, „Fast and Reckless”, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa, 2024.
Komentarze