Niektórym fabuła tej książki wydać się może oklepana i powtarzalna, ale… o rany, jak dla mnie takie historie wciąż są zachwycające i mocno wciągające. Zgodnie z tytułem mamy tutaj stracić hrabiego w dziesięć tygodni, ale czy na pewno chcemy z niego rezygnować? Essie Craven była zaręczona z wyniosłym hrabią Denholmem od dzieciństwa. Choć Aidan Ravell, jeden z najbardziej pożądanych młodzieńców w Londynie, proponuje jej małżeństwo, Essie zdecydowanie nie zamierza za niego wychodzić. Para narzeczonych zawiera więc układ: Aidan odstąpi od ślubu, jeśli Essie znajdzie dla niego lepszą kandydatkę na żonę. Sytuacja jednak się komplikuje, gdy podczas udawania zakochanych, zaczynają się pojawiać prawdziwe uczucia.
Powiem tak - jeśli podobała Wam się seria o Bridgertonach autorstwa Julii Quinn, ta książka również Was oczaruje. Autorka świetnie oddaje klimat XIX-wiecznych balów i życia londyńskiej śmietanki towarzyskiej, a w tle toczy się dynamiczna historia głównych bohaterów. Essie od początku zdecydowanie dąży do zerwania zaręczyn z Aidanem. Bardziej fascynują ją podróże i sztuka – sama pragnie zostać aktorką. Trzeba przyznać, że w wymyślaniu planów na zniechęcenie hrabiego jest niezwykle kreatywna i zdeterminowana. To chyba moje ulubione fragmenty, które wywoływały na mojej buzi szczery uśmiech i świetnie się przy nich bawiłam!
Aidan już od pierwszego spotkania daje się poznać jako dobrze wychowany, szlachetny mężczyzna, który zupełnie nie pasuje do wyobrażeń Essie z dzieciństwa. Choć nie spieszy mu się do ołtarza, czuje obowiązek ratowania rodzinnego honoru i majątku. Początkowo nie jest przekonany do intrygi Essie, ale gdy poznaje jej marzenia, zmienia zdanie, co od razu zyskało moją sympatię (przecież taki chłopak to skarb!). Z czasem było tylko lepiej – Essie zawsze mogła liczyć na jego wsparcie. Aidanowi niestraszne było ani wspinanie się na drzewa, ani udział w pojedynku!
Nie chcę zdradzać więcej szczegółów, dam za to jeszcze chwilowy upust emocji nad okładką tego nakładu. Przyciąga wzrok elegancją i subtelną nutą romantyzmu. Essie i Aidan, a na nich balowa suknia bohaterki i klasyczny męski strój. To od razu zwiastuje intrygę pełną miłosnych perypetii w towarzystwie londyńskiej elity. Kolory są stonowane, choć jednocześnie wyraziste i pasują do mojego stosu lektur niedawno przeczytanych. W kwestiach technicznych – to książka w miękkiej oprawie licząca niecałe 340 stron. Dość sporej wielkości czcionka sprzyja czytaniu i nie męczy wzroku, pożółkłe kartki przyjemne… a w tym przypadku także bardzo klimatyczne!
Nie da się przeoczyć, że na topie jest teraz XIX wiek. Serial z Netflixa zawojował świat dziewcząt, a wykwintne przyjęcia, długie suknie czy biwaki na świeżym powietrzu stały się popularnymi aktywnościami letnich wieczorów. Ma to swój urok i ja osobiście uwielbiam tę modę, dlatego nie pozostaje mi nic innego jak z całego serducha polecić „Jak stracić hrabiego w dziesięć tygodni”. Ta atmosfera, te dialogi, te gesty i te wystawne przyjęcia… taką podróż w czasie proponuje nam Jenni Fletcher.
Klaudia Dydymska
(klaudia.dydymska@dlalejdis.pl)
Jenni Fletcher, „Jak stracić hrabiego w dziesięć tygodni”, Wydawnictwo Insignis, Kraków, 2024.
Komentarze