„Księga z San Michele” – recenzja

Recenzja książki „Księga z San Michele”.
„Miłość trwa krótko jak życie kwiatka. U mężczyzny umiera ona śmiercią naturalną w małżeństwie, u kobiety żyje często aż do końca, przyjąwszy formę macierzyńskiej tkliwości dla upadłego bohatera jej marzeń”.

Chyba każdy czasem potrzebuje wyjścia z czytelniczej strefy komfortu i spróbowania czegoś innego. Zgodnie z blurbem „Księga z San Michele” Axela Munthe nie miała mieć nic wspólnego z kryminałem/true crime, więc doskonale się do tego celu nadawała, chociaż śmierć pojawia się w niej często i stanowi niemalże obiekt obsesji autora.

Ciężko jest pisać o tej książce, ponieważ w ogóle trudno jest przyporządkować ją do jakiegoś gatunku. Jest to teoretycznie autobiografia XIX-wiecznego* szwedzkiego lekarza, czy może raczej poszatkowany pamiętnik z dygresjami filozoficzno-społeczno-medyczno-religijnymi (te ostatnie zahaczają miejscami o bluźnierstwo), jak również motywami z powieści fantasy.

Opisywany świat jest pełen chaosu. Axel Munthe skacze po miejscach, tematach i okresach swego życia. Lubi też wystawiać cierpliwość czytelnika na próbę, gdy rzuca jakimś imieniem, które nic nam nie mówi, a na wyjaśnienie przyjdzie poczekać kilka kolejnych rozdziałów. Tym, co na 100% da się ustalić, jest to, że osią wszystkiego jest wizyta na włoskiej wyspie Capri, gdzie 19-letni Axel Munthe postanawia w przyszłości osiąść i po części własnymi rękoma zbudować tytułową Villę San Michele. Między tymi dwoma punktami dzieje się u niego dużo, jest doktorem dla biednych oraz bogatych w Paryżu i Rzymie, ma do czynienia z ludźmi szukającymi sobie chorób dla rozrywki i tymi, którzy naprawdę próbują z nimi walczyć i nierzadko przegrywają tę nierówną walkę. Są fragmenty okrutnie bolesne, są momenty lżejsze, w których nasz narrator wychodzi z roli lekarza, a wciela się w podróżnika, lub aktora widowiskowo ratującego przedstawienie epizodyczną rolą ducha.

Mój problem z tą pozycją polega na tym, że (książkowy) Axel Munthe jest narratorem niewiarygodnym i nieprzechodzącym większych zmian charakterologicznych. „Księga z San Michele” to taki mroczniejszy, w nieznanym stopniu inspirowany faktami „Forrest Gump”, gdzie bohaterowi ciągle coś się przytrafia, ale wychodzi cało z każdej opresji dzięki swemu czarowi, szczęściu i inteligencji (w zasadzie zawsze w tej kolejności, bo każda dziewczyna i kobieta zdaje się robić do Axela maślane oczy). Czasem nasz protagonista powie coś mądrego, a czasem coś takiego, że nie wiadomo, czy mamy to uznać za żart. Zwierzęta co prawda kocha bez względu na gatunek, ale już ładne pielęgniarki są lepsze od brzydkich, a bycie starą panną jest najwyraźniej czynem gorszym od prostytucji, bo na taką osobę nie chce nawet patrzeć, jedząc posiłek.

Podsumowując, w moim odczuciu książka jest bardzo nierówna i nie do końca przekonująca. Axel Munthe wyraźnie lubi pisać o sobie, swoich zaletach i uprzywilejowanym, choć niepozbawionym tragicznych epizodów życiu, ale niekoniecznie potrafi robić to w sposób szczery i angażujący.

*Axel Munthe żył w latach 1857-1949, ale książka skupia się na pierwszej połowie jego życia

Izabela Fidut

Axel Munthe, „Księga z San Michele”, Wydawnictwo MG, Kraków, 2026.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat