Marzena Sowa zaprasza nas do świata małych stworzeń, które na pierwszy rzut oka nie mają zbyt wiele szczęścia. Główna bohaterka, świeżo wykluta pajęczyca, nie potrafi porządnie tkać sieci, a jej kolejne próby kończą się raczej pajęczą katastrofą niż małym dziełem sztuki. Rodzina, zamiast pomóc jej odnaleźć własną drogę, wysyła ją do czegoś w rodzaju szkoły dla robaczków. Brzmi niewinnie, ale w praktyce oznacza, że dziewczynka zostaje odsunięta na bok, bo nie spełnia oczekiwań najbliższych.
Na miejscu poznaje jednak innych bohaterów, których los również nie rozpieszczał. Jest mucha sepleniąca tak, że trudno ją zrozumieć, truteń, który boi się własnego cienia oraz świetlik, który nie umie świecić tak, jak powinien przedstawiciel jego gatunku. Każde z nich ma jakąś cechę, przez którą odstaje od reszty i nie pasuje do wyobrażenia o tym, jakie powinno być.
Na szczęście życie nie zawsze trzyma się podręczników, a czasami najlepsze, co może nam się przydarzyć, to spotkanie kogoś, kto również nie mieści się w żadnej rubryce. Za namową nowej pajęczej koleżanki bohaterowie wyruszają w podróż, która pozwala im odkryć zupełnie inny świat. Nagle pojawiają się trawy, na których można się kołysać, drzewa, przestrzeń i piękno przyrody, którego wcześniej nie mieli okazji poznać. To, co początkowo wydawało się ucieczką od problemów, staje się również wyprawą w głąb siebie.
Każdy z bohaterów ma coś, co inni uznali za wadę, ale gdy spojrzymy na nich z bliska, okazuje się, że nie są żadnymi nieudanymi wersjami swoich gatunków. Są po prostu sobą. Ich odmienność nie odbiera im wartości, a lęk nie oznacza, że nie potrafią być odważni. Nie muszą nagle przestać się bać, zacząć świecić na zawołanie ani opanować wszystkich umiejętności, żeby zasłużyć na przyjaźń. Potrzebują przede wszystkim przestrzeni, w której nie będą nieustannie oceniani i zmuszani do udowadniania, że są wystarczająco dobrzy.
To piękna lekcja nie tylko dla najmłodszych czytelników. Jak często sami próbujemy dopasować się do cudzych oczekiwań, ukrywamy swoje słabości albo traktujemy własne cechy jak coś, co trzeba za wszelką cenę naprawić? Czasami tak bardzo skupiamy się na tym, czego nam brakuje, że zupełnie przestajemy zauważać to, co już w sobie mamy. A przecież nie każdy musi być przebojowy, pewny siebie i gotowy na wszystko. Można być nieśmiałym, lękliwym, nieco nieporadnym, a mimo to mieć w sobie mnóstwo dobra i być kimś, przy kim inni poczują się naprawdę szczęśliwi.
Ogromne znaczenie ma tutaj również temat przyjaźni. Bohaterowie, którzy wcześniej mogli czuć się samotni i odrzuceni, odkrywają, że wcale nie muszą zmieniać siebie, żeby znaleźć swoje miejsce. Wystarczy, że trafią na ludzi – a w tym przypadku robaczki – którzy dostrzegą w nich coś więcej niż jedną, pozornie problematyczną cechę. Nie oznacza to, że wszystkie ich trudności nagle znikają. Zmienia się jednak coś znacznie ważniejszego: nie muszą już mierzyć się z nimi w pojedynkę.
„Mała ucieczka” zachwyciła mnie prostotą rysunków, urokiem bohaterów i historią, która pod płaszczykiem zabawnej przygody przemyca bardzo mądre przesłanie. To opowieść o przyjaźni, odwadze, akceptacji i odkrywaniu piękna tam, gdzie inni widzą jedynie niedoskonałości. Pomaga spojrzeć łagodniej na otaczających nas ludzi, ale chyba jeszcze ważniejsze jest to, że zachęca, byśmy podobną życzliwość okazali samym sobie.
Katarzyna Chober
Marzena Sowa, Dorothée de Monfreid, „Mała ucieczka”, Story House Egmont, Warszawa, 2026.
Komentarze