Na wstępie recenzji muszę jasno zaznaczyć, że książka ta skierowana jest tylko i wyłącznie do wiernych fanek i maniaczek Goslinga. Każda inna zwykła, czy nawet podziwiająca aktora za jego umiejętności osoba, nie przebrnie przez ten tekst bez skrzywienia twarzy czy zmarszczenia brwi. Może gdybym miała rozpatrywać książkę jako delikatny żart lub subtelne mrugnięcie okiem do czytelnika, oceniłabym ją dużo lepiej. Niestety, zbiór „100 powodów, by kochać Ryana Goslinga” traktowany jest przez fanki bohatera całkiem poważnie, a z ich internetowych komentarzy wynika, że zajął pozycję biblii w tej nowej ryano-religii (Ryligii - to słowo autorki!). I to niezależnie od wieku. Po skonsultowaniu wrażeń, jakie wywarła na mnie lektura, z koleżanką młodszą zaledwie o rok, zdziwiłam się, jak dwie podobne osoby mogą się aż tak bardzo różnić. Z tego to względu zdecydowałam się zacisnąć zęby, przejrzeć książkę raz jeszcze i napisać o niej tak, jak gdybym była rzeczniczką każdej dziewczyny głęboko i szczerze zakochanej w kanadyjskiej gwieździe.
Tym, co po wzięciu książki do rąk najbardziej rzuca się w oczy, jest jej okładka. Wykonana w stylu pop-art, nawiązująca do powielonego wizerunku Marilyn Monroe autorstwa Andy'ego Warhola, wykonana w ostrych, niemalże odblaskowych kolorach. Kartki wykonane zostały z papieru przypominającego blok techniczny. Nie są też nabłyszczane, co zostało opatrzone przez autorkę odpowiednim komentarzem, by nie lizać stron. Ostrzeżenie było konieczne chociażby z tego względu, że główną wartością książki jest jej obfitowanie w zdjęcia Ryana. Wszystkie zaczerpnięte zostały z internetu, a aktor przedstawiony jest na nich w zbliżeniu, niekiedy wywołującym złudne wrażenie rzeczywistej obecności. Oprócz fotografii „100 powodów by kochać Ryana Goslinga” dostarcza miłośniczkom aktora wiele ciekawych informacji na jego temat. Prawdopodobnie żadna z nich nie jest odkrywcza, ani nie wnosi do życia odbiorczyń zbyt wiele, ale teraz przynajmniej mają je skompletowane w jednej książce, nie musząc już ręcznie przepisywać ciekawostek z internetu do malutkiego notatnika z oprawką w serduszka. Ponadto Benecke, by ozdobić swą „biblię”, zastosowała różne czcionki, wielkości, kolory i style pisma. To, co może drażnić, to infantylny język, który sprawiał, że czytając czułam się niekomfortowo. Miałam wrażenie, że autorka traktuje mnie jak wolno myślące dziecko, do którego w przerwach między zdaniami trzeba machać pacynką umieszczoną na końcu palca. Do tego przerażała mnie wielość nazw, jakimi określała Goslinga. Ry-Ry, Mr Ryan, Gos, Ry, Ry-Go,... Ciekawe, co by na to powiedział sam zainteresowany? Sądzę jednak, że żadna z tych rzeczy nie przeszkadzała fankom, a to, co dla mnie stanowiło mankament, dla nich było wyrazem uwielbienia.
Po przeczytaniu (i obejrzeniu!) całej książki mogę śmiało powiedzieć, że jedno jest pewne - jeśli nie czujesz, że zwariowałaś na punkcie Ryana Goslinga, lepiej po nią nie sięgaj, a jeśli już to zrobisz, traktuj ją z wielkim przymrużeniem oka. Jeżeli zaś jesteś jego fanką od wielu lat, skrupulatnie zbierasz wszystkie wycinki z gazet, w których nazwisko aktora pojawiło się choćby przypadkiem i bez żadnego znaczenia dla historii, „100 powodów, by kochać Ryana Goslinga” będzie dla ciebie nie tylko obowiązkową lekturą, ale również kolejną cegiełką do postawienia na sekretnym ołtarzyku, który zorganizowałaś pod łóżkiem lub w szafie. Sto powodów to dość dużo. Na pewno znalazłabyś ich jeszcze więcej, ale autorka musiała się ograniczyć, bo nie starczyłoby jej miejsca. Poza tym pisząc w nieskończoność nigdy nie wydałaby swojej książki, a ty nie mogłabyś jej przeczytać.
Na koniec dodam jeszcze jedną, ostatnią rzecz: książka książką, ale oprócz studiowania jej treści, należy także oglądać filmy, w których Ryan zagrał, żeby nie zatracić się w swej obsesji i nie zapomnieć, za co się go właściwie ceni. Szkoda by było, gdyby fascynacja delikatną urodą i szczenięcymi oczami przesłoniła fakt, że Gosling to naprawdę dobry aktor.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Joanna Benecke, „100 powodów, by kochać Ryana Goslinga”, Łódź, Feeria, 2014.
Komentarze