„W matni marzeń” – recenzja

Recenzja książki „W matni marzeń”.
Poruszająca opowieść o poranionej dziewczęcej duszy.

„W matni marzeń” to ostatni tom sagi o rodzinie Casteel, którą powołała do życia bijąca rekordy popularności pisarka V.C. Andrews. Kiedy wzięłam książkę po raz pierwszy do rąk przeraził mnie fakt, że wieńczy ona całą serię. Bałam się, że bez znajomości poprzednich części nie będę umiała jej ocenić, opisać, wyłowić jej zamysłu. Na szczęście okazało się, że zarówno jej forma jak i przedstawione w niej wydarzenia nie wymagają ode mnie odwoływania się do poprzednich tomów. Oczywiście nie znaczy to, że porzucę historię rodziny Casteel na zawsze. Mam zamiar nadrobić swoje zaległości i przeczytać poprzednie powieści, ponieważ „W matni marzeń” ujęła mnie zarówno swoją konstrukcją jak i problematyką.

Książka opowiada o początkach rodziny Casteel. Annie Casteel Stonewall po wielu latach odnajduje pamiętnik swojej babci Leigh, w którym ta jako nastolatka, a potem młoda kobieta opisywała swoje tajemnice oraz powoli odkrywała mroczne tajemnice Farthinggale Manor.

Na pozór życie bohaterki przypominało niebańską aleję usłaną różami. Bogactwo i przepych. Służący na skinienie ręki. Najpiękniejsze ubrania z modnych butików, ogromne komnaty, kąpiele z płatkami róż, zagraniczne wycieczki. Nie brzmi wspaniale? Niestety pod fasadą wspaniałego i wystawnego życia Leigh krył się koszmar. Pierwszym ciosem był rozwód rodziców i wyprowadzka z ukochanego domu. Kolejnym zawodem okazało się zachowanie mamy. Ta zamiast być wsparciem dla córki, kryła się za szklanymi ścianami swojej pychy i świata blichtru, w którym myślała tylko o sobie. Czarę goryczy przelało zło, którego dziewczyna doświadczyła ze strony ojczyma. Na szczęście tak jak po każdej nocy następuje dzień, tak po każdym nieszczęściu przychodzą chwile, które rekompensują nam całe zło. Tak stało się w przypadku Leigh.

W powieści na uwagę zasługuje genialna konstrukcja psychologiczna bohaterów. Virginia Andrews w niezwykle przejmujący sposób opisuje uczucia towarzyszące Leigh. Samotność, zagubienie, brak bratniej duszy i kochającego serca, które dałoby jej choć odrobinę ciepła. Na uwagę jednak zasługuje portret podłej, samolubnej i wyrodnej matki, dla której znaczenie miało tylko to, co posiadała.

Podczas czytania nie kryłam współczucia dla tej biednej dziewczynki. Dziecku dla prawidłowego rozwoju potrzebna jest miłość. Wydaje się, że to niewiele, ale dla najbliższych Leigh wykrzesanie z siebie choć odrobiny dobra okazało się czymś niemożliwym. Wiem, że to jest tylko powieść, wytwór czyjejś wyobraźni, ale książka wstrząsnęła mną na tyle mocno, że po zamknięciu jej i odłożeniu na półkę pomyślałam sobie: „Jak bardzo się cieszę, że mam normalną, kochającą się rodzinę”.

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Virginia C. Andrews, „W matni marzeń”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, 2015 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat