„Afrykański klucz” - recenzja

Recenzja książki „Afrykański klucz”.
„Prawda przychodzi ostatnia”. W tej powieści również!

„Afrykański klucz” jest drugim tomem serii „Pensjonat Biały Dwór”. Pierwszy, „Zapach prawdy”, wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie, więc nie kryłam radości, gdy w moje ręce wpadła kontynuacja losów komisarza Michała Orskiego i prawniczki Anity Herbst (na dodatek pachnąca drukarnią).

Tym razem bohaterowie muszą zmierzyć się ze śmiercią znanej i cenionej lekarki, Elżbiety Budzanowskiej. Kobieta zajmowała się badaniami nad jadem węży; często wyjeżdżała do Afryki, co zresztą nie sprzyjało budowaniu relacji z córką Magdaleną. Kiedy zostaje znaleziona martwa w swoim mieszkaniu, okazuje się, że przyczyną jej śmierci wcale nie był rak, na którego dłuższy czas chorowała. Początkowo wszystkie podejrzenia padają na córkę, a następnie na osoby powiązane z życiem zawodowym i prywatnym lekarki. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach do szpitala trafia policjant zajmujący się sprawą Budzanowskiej, a następnie pielęgniarka, która opiekowała się nią przed śmiercią. Na dodatek Magdalena odkrywa, że jej matka opłacała jakieś miejsce na cmentarzu oraz że interesowała się pewnym tragicznym wypadkiem, który miał miejsce przed trzydziestoma laty…

Jestem pod ogromnym wrażeniem fantastycznego pomysłu na powieść! Znalazłam w niej to, co najbardziej lubię, czyli: nieoczywistą śmierć, sekwencję dziwnych wypadków i tajemnicę sprzed laty. Jednak najbardziej spodobało mi się to, że cała intryga została przemyślana w taki sposób, że niemożliwością było wskazanie sprawcy. Na dodatek, kiedy sprawa śmierci Budzanowskiej została rozwiązana, a morderca znaleziony, okazało się, że… autorka zabawiła się z czytelnikiem w kotka i myszkę, skutecznie zapędzając go w kozi róg i na dokładkę dając pstryczka w nos.

Bardzo spodobali mi się również główni bohaterowie jakże niepodobni do tych wszystkich person lansowanych przez topowych polskich pisarzy! Anita i Michał nie ćpają, nie chlają na umór, nie popisują się łaciną podwórkową w co drugim zdaniu i nie muszą uprawiać seksu przynajmniej kilka razy w tygodniu w obawie przed zwęgleniem swoich narządów płciowych. Oni są po prostu zwyczajnymi ludźmi, takimi jak ty czy ja – mają swoje problemy, poglądy, zainteresowania i… wcale mi to nie przeszkadza, a wręcz podoba się, gdyż nadaje to książce nuty obyczajowości.

„Afrykański klucz” powinien przypaść do gustu przede wszystkim wielbicielkom lekkich (co nie znaczy infantylnych!) kryminałów, w których trup nie ściele się gęsto, a krew nie płynie strumieniami niczym wóda do gardeł weselnych biesiadników. Denat jest jeden, jest misternie skonstruowana zagadka, są tropy prowadzące donikąd i zgrabne, zaskakujące zakończenie, które scala wszystkie wątki w logiczną całość. Warto dodać, że powieść nie jest długa (liczy niespełna 300 stron), nie jest przegadana i nie ma w niej, na szczęście, ani przydługich i nudnych opisów, ani egzystencjalnych rozkmin niezrównoważonych bohaterów. Nic, co sztucznie rozbudowywałoby fabułę. 

Być może „Afrykański klucz” nie jest powieścią, która na zawsze zostanie w waszej pamięci, jednak, jak wiadomo, literatura jest głównie po to, aby dostarczać rozrywki i różnych intelektualnych podniet. Ani jednego, ani drugiego wam nie zabraknie. To naprawdę świetny wybór na samotny wieczór z książką.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Iga Karst, „Afrykański klucz”, Szara Godzina, Katowice 2020.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat