Są książki, które się czyta. Są też takie, które się pochłania. Ale istnieje jeszcze inny rodzaj opowieści – te, które się zamieszkuje, które pulsują życiem w każdej literze, oddychają między stronami i wciągają nas do środka niczym zaklęcie. „Atramentowe serce” Cornelii Funke jest właśnie taką książką – labiryntem z papieru i tuszu, którego nie chce się opuszczać nawet po ostatnim zdaniu. Wydawnictwo Kropka, które wznowiło tę fenomenalną powieść, napisało na dołączonej karteczce, że ta historia to „hołd złożony mocy słowa” i ciężko się z tym nie zgodzić. To książka o książkach dla książkomaniaków, którzy kochają książki tak, jak dzieci kochają nocne bajki – bezwarunkowo, bez pamięci, bez oporu.
Główną bohaterką „Atramentowego serca” jest Meggie – dwunastoletnia dziewczynka, której życie zmienia się, gdy w drzwiach ich domu pojawia się tajemniczy mężczyzna o imieniu Gwin. Jej ojciec, Mo – introligator i miłośnik starych ksiąg – ukrywa przed nią wielką tajemnicę: posiada niezwykły dar. Gdy czyta na głos, bohaterowie książek potrafią wydostać się do rzeczywistego świata. Ale magia, jak to magia, nigdy nie jest pozbawiona ceny – z książek może coś wyjść, ale coś (lub ktoś) może również zniknąć.
Ta przewrotna logika świata przedstawionego jest jak szkatułka; jak opowieść w opowieści, jak baśń, która przegląda się w lustrze realności. Cornelia Funke tworzy uniwersum, w którym granice między fikcją a rzeczywistością stają się coraz bardziej płynne, aż w końcu całkowicie zanikają. A my, czytelnicy, z zapartym tchem kroczymy za bohaterami przez krainy niebezpieczne, piękne i niepokojąco znajome.
Narracja Funke jest jak delikatna nić – misternie tkana, pełna subtelnych emocji i cieni. To opowieść nie tylko o przygodzie i magii, ale też o tęsknocie, stracie, miłości i odpowiedzialności. Styl autorki jest obrazowy, niemal filmowy, lecz przy tym pełen lirycznego wdzięku. Czuć w nim zapach starych bibliotek, skrzypienie pożółkłych stron, ciszę między regałami, które szepczą historie zapisane dawno temu. Każdy rozdział poprzedzony jest cytatem z innej książki – od klasyki dziecięcej po fantastykę – co czyni „Atramentowe serce” nie tylko samodzielną opowieścią, ale i literackim dialogiem z całą historią pisarstwa. To ukłon w stronę twórców i czytelników. To przypomnienie, że czytanie to akt twórczy, że każde słowo wypowiedziane na głos może odmienić świat.
Postacie stworzone przez Funke są żywe, złożone i poruszające. Meggie to dziewczynka, która uczy się odwagi, ale także odpowiedzialności za słowo. Jej ojciec – Mo, zwany również „Językiem Srebra” – to postać głęboko tragiczna, rozdarta między miłością do córki a ciężarem daru, który niesie w sobie. Capricorn – czarny charakter wyjęty z kart „Atramentowego serca” (książki w książce) – to z kolei uosobienie bezduszności, ale również lęku przed zapomnieniem. Każda z tych postaci niesie ze sobą pytania o to, kim jesteśmy, kim się stajemy, gdy wierzymy słowom i co dzieje się z nami, gdy one zaczynają żyć własnym życiem.
„Atramentowe serce” to powieść głęboko zanurzona w miłości do literatury. Książki w tej opowieści nie są jedynie rekwizytami – one są bohaterami. Funke zdaje się mówić: książki to żywe istoty, z duszą, pamięcią i siłą sprawczą. I nie sposób się z tym nie zgodzić, gdy podczas lektury czujemy, jak strony pod palcami drżą od napięcia, jak opowieść wciąga nas coraz głębiej, aż zapominamy o świecie poza jej brzegami. To opowieść o tym, że literatura może być schronieniem, ale i zagrożeniem. Że potrafi uratować duszę, ale i ją zatracić. Że jest magią – i jak każda magia – wymaga czujności i szacunku.
Funke nie unika mroku – jej świat, choć baśniowy, nie jest pozbawiony brutalności. Są tu zdrady, straty, porwania, samotność i śmierć. Ale właśnie ta prawda o życiu, ubrana w metafory i symbolikę, czyni „Atramentowe serce” książką tak poruszającą. To powieść nie tylko dla dzieci – to historia dla każdego, kto choć raz w życiu pragnął, by ulubiony bohater wyszedł z książki i usiadł obok niego.
„Atramentowe serce” to literacka perła – misternie skonstruowana, poetycka i mądra opowieść o miłości do książek i mocy, jaką niosą słowa. To historia, którą się nie tylko czyta – to książka, którą się czuje, której się dotyka sercem. To świat, do którego chce się wracać. Świat, w którym być może, kiedy zamkniesz oczy, poczujesz dotyk tuszu na palcach i usłyszysz szepty postaci, które właśnie wymknęły się z kart... by znaleźć Ciebie – czytelnika – który znów nada im życie. Powieść Cornelii Funke czytałam, gdy byłam nastolatką, teraz wróciłam, do niej z ogromną tęsknotą, nadzieją, miłością, ale i bardziej ukształtowanym gustem czytelniczym i znów... zakochałam się w tej powieści na nowo. Uważam, że jest to książka, którą każdy w swoim życiu musi przeczytać.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Cornelia Funke, „Atramentowe serce”, Kropka, Warszawa, 2025.
Komentarze