Sięgając po „Biorę sobie ciebie”, spodziewałam się otrzymać lekką komedię romantyczną, wprost idealną na upalne lipcowe popołudnia, kiedy umysł nie chce rozwiązywać kolejnych skomplikowanych kryminalnych zagadek, koncentrując się na leniuchowaniu, przyswajaniu promieni słonecznych i smakowaniu mrożonych drinków. Kiedy jednak otworzyłam książkę i przeczytałam kilka pierwszych stron, zrozumiałam, że mam przed sobą coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam – powieść, w której to kobieta jest tą „złą” stroną, czarnym charakterem, anty-bohaterem. A jednocześnie bohaterem głównym, nie próbującym zjednać sympatii czytelnika ani usprawiedliwić swoich zachowań. Przekaz był jasny i brzmiał: oto jestem kobietą, ale przede wszystkim człowiekiem, wraz z całym bagażem zalet i wad. Wychodzę za mąż, ale nie jestem święta. Musisz to wiedzieć, by przejść przez resztę książki.
„Biorę sobie ciebie” to literacki debiut Elizy Kennedy, co stwierdziłam z jednej strony z przyjemnością, gdyż powieść jest bardzo udana, jak na pierwszą, z drugiej jednak ze smutkiem, bo oznacza to również, że w najbliższym czasie nie mogę sięgnąć po żadną inną pozycję tej autorki. Po długich rozmyślaniach, dlaczego w ogóle sądziłam, że będzie to komedia romantyczna, uzmysłowiłam sobie, że w błąd wprowadził mnie wydawca. Po pierwsze – okładką, po drugie – przywołaniem w opisie Bridget Jones. To drugie miało oczywiście skłonić ku zakupowi powieści Kennedy fanów Bridget, jednak już po pierwszych stronach przekonujemy się, że Lily Widler to zupełne przeciwieństwo słynnej, niezaradnej brytyjskiej bohaterki. Co nie oznacza, że postać jest gorsza.
Książka zaskakuje, to na pewno. Co rusz pojawiają się nowe elementy, które pozwalają nam zrozumieć nie tyle Lily, co życie. Jego skomplikowanie, niejednorodność. Nie ma recepty na dobre przejście przez nie i nie powinniśmy oceniać, jak żyją inni, a czasem przychodzi nam to aż nazbyt łatwo. Podobnie jak życie, małżeństwo również nie jest gotową formą do wypełnienia treścią dwojga ludzi. By działało, trzeba poznać siebie nawzajem i ustalić, na czym obu stronom tak naprawdę zależy. Może na dzieciach, a może nie. Może na wierności, a może nie. Może na partnerstwie, a może nie. Wszystko to mieści się na prawie czterystu pięćdziesięciu stronach „Biorę sobie ciebie”. Dziesiątki pytań, ale tym razem także odpowiedzi.
Ostatecznie lekturę uważam za wpisującą się w letni, wakacyjny klimat. Mimo iż nie traktuje o słodko-gorzkiej miłości, jak typowe komedie romantyczne, została napisana lekką ręką, a temat jest przyjemny, bo bardzo „ludzki” – dotyczy nas wszystkich. Jedynym minusem, jaki potrafię w niej znaleźć, jest zupełnie niedopasowana okładka, burząca urok treści, trywializująca ją. „Biorę sobie ciebie” bowiem to nie tylko opowieść o przygotowaniach do ślubu, ale przede wszystkim próba rozliczenia się z całym dotychczasowym życiem. Rozmarzona panna młoda lewitująca wśród rozwianych wiatrem zasłon nijak tego nie oddaje.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Eliza Kennedy, Biorę sobie ciebie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015
Komentarze