„Czarne światło” – recenzja

Recenzja książki „Czarne światło”.
Wampiry w Polsce?! Spokojnie, to tylko odkopane ludzkie szkielety, których właściciele za życia posądzeni zostali o wampiryzm.

Tak intrygującą sprawą musiał się zająć światowej klasy antropolog Mario Ybl.

„Czarne światło” jest książką, po którą możemy sięgnąć bez znajomości twórczości Marty Guzowskiej, lepiej jednak dla nas, byśmy zachowali kolejność, czyli zapoznali się wcześniej z trzema innymi powieściami o Mario Yblu. Ja o serii nie wiedziałam, więc historię potraktowałam jako zupełną nowość, kolejną wielką szansę dla polskiego autora. Co tam autora... autorki! Twórczyni archeologicznych kryminałów, wykształconej archeolożki oraz zdobywczyni Nagrody Wielkiego Kalibru.

Do lektury zachęcił mnie opis – cyniczny i inteligentny naukowiec w roli głównego bohatera, wampiryczne pochówki, walka kościelnego zabobonu z nauką, współczesne komplikacje kryminalne. Do tego śmiało możemy dorzucić interesującą okładkę projektu Pawła Panczakiewicza oraz grubość książki, która liczyła prawie 450 stron zapełnionych małym drukiem. Choćbym nie wiem, jak się starała, nie podołałabym całości w jeden dzień. I to właśnie było piękne.

To nie czas na głębokie analizy i utrzymywanie was w niepewności. Książka była dobra i wciągnęła mnie od pierwszego roz... w zasadzie od pierwszej strony. Mnóstwo cynizmu głównego bohatera, jego niechęć do świata i wewnętrzne ironiczne monologi kupiły mnie w stu procentach. Zakochałam się w sławnym antropologu, jednocześnie żywiąc wobec niego niechęć. To taki typ człowieka, że chciałoby się być nim, ale w żadnym wypadku z nim, o czym przekonała się biedna Pola – nie żona i nie narzeczona, jak na każdym kroku podkreślał, ale co najwyżej dziewczyna.

Ponad 400 stron książki pieściło mój umysł nieprzeciętną fabułą oraz doskonałym językiem. Nie było masy błędów, nad którymi musiałabym się zasępiać i przez które mój nos załapałby parę przedwczesnych zmarszczek. Mimo tego napisałam, że książka była dobra, a nie bardzo dobra. Otóż jedna rzecz mi się w niej nie spodobała, a rzecz ta jest w powieściach na tyle ważna, że uniemożliwia sięgnięcie po najwyższy stopień w szkolnej skali. Chodzi o... zakończenie. Po tak ciekawej i pełnej napięcia kryminalnej historii spodziewałam się finału z przytupem, wzmożonego bicia serca lub lekkiego zawału, tymczasem nie otrzymałam niczego. Powieść zbliżała się do końca, a w pewnym momencie została urwana, jakby Guzowskiej kipiało w kuchni mleko i stwierdziła, że bardziej zależy jej na sprawności i czystości palników niż dokończeniu dzieła.

Przez przytoczony wyżej aspekt trudno mi powiedzieć, czy polecam wam „Czarne światło”. Z jednej strony tak – w końcu przez ponad połowę książki byłam pewna, że po zakończeniu złożę zamówienie na pozostałe części – z drugiej zaś nie, bo po odłożeniu tomu na półkę stwierdziłam, iż wcale nie chcę tej serii na własność. Może w wolnym czasie wypożyczę poprzedniczkę i sprawdzę, czy brak pomysłu na zakończenie był wypadkiem przy pracy, czy to jednak przypadłość autorki. Dopiero wtedy będę w stanie wydać werdykt.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Marta Guzowska, Czarne światło, Warszawa, Burda Książki, 2016



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat