„To prawdziwy świat, a nie bajka o zaklęciach i jednorożcach” – powiedziała jedna z bohaterek powieści. Tym prawdziwym światem są południowe tereny Polski zasiedlane przez czarownice, wilkołaki, wampiry oraz pomniejsze upiory takie jak strzygi, rusałki czy wiły.
Martyna Hohenstauf jest spokojną i zrównoważoną kobietą, która wiedzie na pozór normalne życie w sercu dawnej stolicy Polski. Pracuje jako patolog w jednym z krakowskich szpitali i stara się jak najlepiej wywiązywać ze swoich obowiązków. Kocha swój uporządkowany, czysty dom i jasno określone zasady, których należy przestrzegać. Nikt nie wie, że ta niewinna, drobna, pedantyczna kobieta jest czarownicą, w której drzemią olbrzymie moce. Martyna jednak skrzętnie ukrywa ten fakt, nawet przed swoją córką Amelką, której stara się zapewnić normalne dzieciństwo pozbawione jakiejkolwiek magii.
Mimo że nie jest zwykłą kobietą, to jak każda matka ma problemy ze swoim dorastającym dzieckiem. „Pieprzona martwa natura” – tak można nazwać ich wzajemną relację. Brak nici porozumienia, liczne niedomówienia i sprzeczki o ojca wybudowały między nimi ścianę milczenia.
Życie bohaterek obraca się o 180 stopni, kiedy okazuje się, że Amelia przeszła przemianę w czarownicę. Kobiety w pośpiechu udają się do rodzinnej posiadłości – Wolfensteinu, zamieszkiwanego przez Adelę – matkę Martyny. Jest to bezpieczne miejsce dla młodych czarownic, ponieważ mieści się tam Źródło, które ochrania członków rodziny przed intruzami z zewnątrz. A młodą Hohenstauf zaczął interesować się Triumwirat rządzący Nawią – krainą mitycznych stworzeń i demonów… Sytuacja zaczyna komplikować się jeszcze bardziej, kiedy do Martyny dochodzą pogłoski o odradzającej się sekcie wampirów, a ona, jak na złość, zakochuje się w jednym z przedstawicieli tego gatunku. Romans, w który wikła się kobieta usuwa resztki dawnego, pełnego ładu świata.
Powieść Julii Bernard jest typowo fantastyczną, przyjemną w odbiorze historią o czarownicach, demonach i wampirach, których obecnością w dzisiejszych czasach jesteśmy karmieni na każdym kroku. Postacie z minionych epok przeżywają aktualnie swój wielki renesans, a ta powieść jest najlepszym tego dowodem.
„Czarownice z Wolfensteinu” nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, chociaż przypuszczam, że dla fanów tego gatunku, powieść może okazać się prawdziwą, literacką ucztą. To wszystko za sprawą naprawdę wartkiej akcji oraz przemyślanych postaci, które mimo swojej nadprzyrodzonej natury postępują, czują i myślą jak zwykli śmiertelnicy. Godne pochwały są również opisy miejsc i sytuacji, które oddziałują nie tylko na wyobraźnię, ale na słuch, węch, a nawet dotyk.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Julia Bernard, „Czarownice z Wolfensteinu”, Chorzów, Wydawnictwo Videograf, 2014
Komentarze