Tymi słowami postanowiłam opisać Emę McKinley – bohaterkę powieści „Dotyk nieba”, ale mam wrażenie, że i te są niewystarczające. Literatura, historia, codzienne życie dostarczają nam wiele portretów kobiet nieugiętych, jednak Ema jest wśród nich niczym najjaśniejsza perła w bogato zdobionej koronie.
Ema McKinley w wieku 47 lat uległa wypadkowi w trakcie pracy, który zmienił całe jej życie. Dzień niczym nie odróżniał się od innych. Ema jak zwykle z uśmiechem na ustach poszła do supermarketu Garrettsa, gdzie z ogromnym zaangażowaniem i sercem na dłoni starała się dogodzić nawet najbardziej wymagającym klientom. Niestety, podczas sortowania towaru w magazynie wybuchł grzejnik, na wskutek którego kobieta przez kilka godzin wisiała nieprzytomna głową w dół, zaczepiona lewą stopą między deskami półek.
Początki choroby wydawały się niegroźne, jednak bardzo szybko w wyniku wielu powikłań przerodziły się w niezwykle rzadką i bolesną dystrofię współczulną. Na wskutek choroby Emie spuchły nogi, a ręce zacisnęły się w pięść. Schorzenie zaatakowało również jej mięśnie i kości, przez co została przykuta do wózka inwalidzkiego. Nie mogła jeść, pić. Nawet lekkie dotknięcie sprawiało jej niewyobrażalny ból, który przeszywał jej ciało od stóp do głów.
Sam wypadek, który diametralnie zmienił życie Emy był zaledwie początkiem nieszczęść, które ją spotkały. Po 25 latach małżeństwa opuścił ją mąż. Firma ubezpieczeniowa przestała płacić za jej leczenie. Ponieważ Ema nie była w stanie wykonywać jakiejkolwiek pracy, musiała dochodzić swoich praw drogą sądową. To chyba zbyt dużo jak na taką wątłą kobietkę? A jednak. Jak mówi Biblia – nie dostajemy cięższego krzyża od tego, który jesteśmy w stanie udźwignąć.
Przez cały okres choroby kobieta nigdy nie narzekała na swój los. Z pogodą ducha witała każdy dzień. Zawsze była życzliwa dla innych, uśmiechnięta, pełna nadziei. Mimo swojego kalectwa niosła pomoc innym chorym i organizowała akcje charytatywne. Źródłem jej wewnętrznej siły była modlitwa i ogromna wiara, dzięki której… zmartwychwstała.
Jej prośby zostały wysłuchane, a cierpliwość – nagrodzona. W wigilię 2011 roku wypadła z wózka. Kiedy była przekonana, że umrze, pogrążyła się w modlitwie i oto… spotkała Jezusa, który ją uzdrowił. Po 18 latach niewyobrażalnych męk kobieta znów mogła chodzić o własnych siłach. Lekarze, u których wcześniej była częstym gościem, nie kryli zdumienia i z medycznego punktu widzenia nie potrafili wytłumaczyć jej cudownego uzdrowienia.
Historia Emy jest podobna do znanej z Biblii opowieści o Hiobie. Dopiero wtedy, kiedy Hiob siedział samotny, schorowany, na kupie gnoju wypowiedział znamienne słowa: „Wcześniej znałem Cię tylko ze słyszenia, a dopiero teraz zobaczyły Cię oczy moje”. Podobnie było w przypadku Emy. Ona przeszła przez to, aby doświadczyć Boga, a następnie móc swoje przejmujące świadectwo przekazywać innym.
„Dotyk nieba” jest jedną z tych książek, które pozostaną w moim sercu na zawsze. Pokazuje ona, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Bardzo często czujemy się nieśmiertelni. Życie pędzi, a my w ferworze dnia codziennego nie myślimy o śmierci i cierpieniu, nie chcemy umierać. Dopiero kiedy jesteśmy w sytuacji podbramkowej mamy dwie opcje do wyboru: Boga nie ma albo Bóg jest. Jeżeli go nie ma, nic nie ma sensu. A jeśli jest na pewno coś wymyśli. I to właśnie uzmysławia historia Emy.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Ema McKinley, Cheryl Ricker, „Dotyk nieba”, Wydawnictwo WAM, Kraków, 2015 r.
Komentarze