Kiedy po raz pierwszy wzięłam książkę do rąk i przekartkowałam, żeby zobaczyć, co też „piszczy” w ówczesnych publikacjach dla nauczycieli, roześmiałam się.
Jeżeli kiedykolwiek słyszeliście śmiech czarnoskórego mężczyzny, który w reklamie Skittlesów doi żyrafę, możecie sobie wyobrazić jak bardzo uradowało mnie otworzenie tej niepozornej lektury. Śmiałam się nie dlatego, że drwię z autorytetów w dziedzinie dydaktyki, ale z powodów zgoła innych. Kiedy moje oczy ujrzały taksonomię celów nauczania według Niemierki lub Okonia i kiedy po raz kolejny mogłam przeczytać o kluczowych funkcjach podręcznika według Kupisiewicza, przypomniał mi się błogi czas studiów. Moja stęskniona dusza znów powróciła do tych dni, w czasie których czerpałam pełne garście wiedzy z tych niewyczerpanych zdrojów pedagogicznego bełkotu na kształt spragnionego, pustynnego wędrowca. A ponieważ treści były tak fascynujące, że nie mogłam ich zdzierżyć „na sucho”, dlatego nauka do każdego kolokwium poprzedzona była wypiciem lampki mocnego wina.
Wiem, że recenzja podręcznika akademickiego winna być rzeczowa i rzetelna, jednak postaram się spojrzeć na nią z nieco innej perspektywy.
Książka jako publikacja dla osób, które chcą w przyszłości zostać nauczycielami, posiada wszystkie cechy wzorowego podręcznika. Zostały w niej poruszone wszystkie aspekty pracy nauczyciela – począwszy od konstruowania programów nauczania, a skończywszy na sposobach oceniania postępów uczniów. Niestety może ona posłużyć tylko i wyłącznie do wkucia materiału na egzamin z pedagogiki, gdyż w szkolnej rzeczywistości okazuje się bezużytecznym stosem makulatury.
Od ponad pięciu lat uczę dzieci w szkole. Nie pozjadałam wszystkich rozumów i nie uważam się za jednostkę wybitną, jednak potrafię rozsądnie ocenić przydatność tego podręcznika dla osób, które mają zamiar w przyszłości zostać nauczycielami. I ze smutkiem muszę stwierdzić, że ta oscyluje w okolicach zera. Kiedy nauczyciel wchodzi do klasy i ma przeprowadzić dla uczniów ciekawą lekcję, dzięki której dzieci poszerzą swój światopogląd, to niestety… okazuje się, że „złote rady” zawarte w tego typu publikacjach odchodzą w odstawkę. Nie sądzę, żeby jakikolwiek nauczyciel podczas przygotowywania się do lekcji myślał: „Ach, tym razem skonstruuję ją w oparciu o strukturę zaproponowaną przez Półturzyckiego”. Takim postępowaniem można byłoby się wpędzić co najwyżej do grobu.
Uważam, że „Dydaktyka szkolna dla kandydatów na nauczycieli”, podobnie jak każdy podręcznik akademicki, cierpi na przerost formy nad treścią. Jednocześnie żałuję, że w książce nie zostały poruszone te aspekty, które w pracy nauczyciela są niezwykle istotne. Na rynku brakuje publikacji, które opisywałyby konkretne narzędzia edukacyjne, podpowiadałyby określone rozwiązania dydaktyczne i wspomagały nauczycieli w ich osobistym rozwoju. Książka ta powiela tylko stare rozwiązania, nie rzucając przy tym nowego światła na polską edukację oraz metody kształcenia młodego pokolenia nauczycieli.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Franciszek Bereźnicki, „Dydaktyka szkolna dla kandydatów dla nauczycieli”, wyd. Impuls, Kraków, 2015 r.
Komentarze