„Nadzieja jest matką głupich” – tak powiada stare ludowe porzekadło. Nadzieją można się karmić, można nią żyć, można dzięki niej budować zamki na piasku… Ale także spełniać swoje marzenia, sięgać gwiazd, uczynić życie piękniejszym. Rodzinie Stenbergów nadzieja towarzyszyła cały czas. Od świtu do zmroku. Od momentu narodzin pierwszego dziecka. Od kiedy na jednej ze sklepowych witryn przeczytali: „Żydom wstęp wzbroniony”. Na początku była to nadzieja na lepsze życie dla swoich dzieci. Potem już na jakiekolwiek.
Książka Stefanie Zweig przedstawia dzieje żydowskiej rodziny Stenbergów mieszkającej we Frankfurcie przy alei Rothschildów. Sternbergowie byli jedną z tych familii, którą można określić mianem porządnej. Uczciwie pracowali na swój majątek, a wśród mieszkańców miasteczka cieszyli się szacunkiem. Ich życie płynęło niezwykle powoli, ustalonym tempem. Każde z dzieci zaradnego przedsiębiorcy Johanna Isadora oraz jego energicznej żony Betsy miało swój niepowtarzalny świat i swoisty urok. Ta różnorodność charakterów, codzienne ścieranie się diametralnie innych poglądów, było przyczyną wielu napięć, ale też i radości. Oczywiście jak każda rodzina, tak i Sternbergowie mieli swoje sekreciki, ale metodą pani Dulskiej nie wywlekali brudów na światło dzienne, lecz prali je w swoich czterech ścianach.
Z czasem przejęcia władzy przez nazistów sytuacja Sternbergów uległa diametralnej zmianie. Syn Johanna Isidora z dnia na dzień stracił pracę. Jego zięciowi dr. Feuereisenowi bez powodu odebrano prawo do wykonywania zawodu, a córkę Alice zmuszono do odejścia z gimnazjum. Z kolei wnuczka o wdzięcznym imieniu Claudette została opuszczona przez swojego partnera ze szkoły tanecznej, bo przecież żaden porządny niemiecki chłopiec nie może zadawać się z Żydówką. Głowa rodu – sam Johann Isidor - niegdyś bogaty przedsiębiorca, z dnia na dzień stał się bankrutem zmuszonym przez władze do sprzedania swoich sklepów poniżej ich wartości.
Mimo antysemickich haseł, rodzina aż do końca wierzyła w ludzką sprawiedliwość i godność przypisaną nam z racji człowieczeństwa. Niestety ich ufność oraz naiwność spotęgowały tylko ból. Ból wynikający z bezsilności i niemożności zrobienia czegokolwiek.
Stefanie Zweig z ogromnym wyczuciem i dbałością o detale opowiada o wydarzeniach, które przypadły na lata 1926 – 37. Barwnie, a zarazem przejmująco opisuje historię rodziny zmagającej się z losem, który zgotowali jej wielbiciele führera. Nie robi jednak tego wprost. W niezwykle subtelny sposób stopniuje napięcie. Powoli, dobitnie, ale bez zbędnej brutalności pokazuje stopniową degradację człowieka, który zostaje odzierany z tego, co najistotniejsze: z marzeń, z nadziei, z godności.
„Dzieci z Alei Rothschildów” to opowieść o ludziach, których jedyna winą było to, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Stefanie Zweig, „Dzieci z Alei Rothschildów”, wyd. Marginesy, Warszawa, 2015 r.
Komentarze