Na rynku właśnie ukazała się nowa propozycja od wydawnictwa Czarna Owca, mianowicie powieść „Dziewczyna, którą nigdy nie byłam”. Jej autorką jest Caitlin Moran, brytyjska dziennikarka, felietonistka i krytyczka pracująca dla „The Times”. Wielokrotna zdobywczyni nagród – w różnych dziedzinach literackich – a także opiekunka satyrycznej rubryki „Celebrity Watch”. Po osobie z takim życiorysem i karierą zawodową można by się spodziewać książki mocno ironicznej, satyrycznej, dobitnej, z ciętym dowcipem i niewybrednym humorem. Książki prześmiewczej i wbijającej szpilę. Akcji poprowadzonej inteligentnie i ciekawie. Tymczasem z okładki dowiadujemy się, że powieść traktuje o grubej 14-latce z biednej rodziny, a treść jest „bezkompromisową, zabawną i szczerą do bólu opowieścią o budowaniu własnej tożsamości”. Czy zrodzone ze znajomości profilu autorki oczekiwania da się pogodzić z tym, co rzeczywiście dostajemy, sięgając po „Dziewczynę, którą nigdy nie byłam?”.
Ja zdecydowałam się przeczytać książkę z dwóch powodów. Pierwszym był oczywiście opis, który – choć historia nie wydaje się szczególnie innowacyjna ani niespotykana – przykuwa potencjalnego czytelnika drobiazgami. Czy jeśli powieść miałaby być smutna, obyczajowa i banalna, w opisie pojawiłyby się zdania „jest gruba i mieszka na prowincji” albo „boi się, że umrze jako dziewica”? Nie sądzę. Drugim powodem była okładka – niestety nie znalazłam informacji, kto odpowiada za jej projekt – porażająco różowa, z czarnymi i białymi elementami. Zdawała się mówić: sięgnij po tę książkę i poświęć jej chwilę, a na pewno się nie zawiedziesz!
Powieść liczy prawie czterysta stron, które czyta się jednym tchem. Nie dlatego, że akcja przyspiesza albo w czytelniku rośnie napięcie. To nie thriller ani kryminał, tu nie czeka się na żadne wielkie rozwiązanie. Największym atutem „Dziewczyny, którą nigdy nie byłam”, a jednocześnie powodem, dla którego pokochałam ją z całego serca, jest język Moran. Cięty, satyryczny, wyćwiczony latami praktyki. Książka jest tak obficie wypełniona żartami, że gdy rozchylimy strony, zapowiedź szczerego śmiechu i dobrej zabawy spłynie nam po rękach.
Już po pierwszych rozdziałach – których łącznie jest dwadzieścia sześć, licząc z epilogiem – pomyślałam, że rok temu, może nawet wcześniej, czytałam coś podobnego. Nie pod względem fabuły, ale lekkości pióra autora i umiejętności nienachalnego, nieprzesadnego rozbawienia odbiorcy. Szybko przypomniałam sobie, o jaką powieść chodzi. Otóż „Dziewczyna, którą nigdy nie byłam” przywiodła mi na myśl „Udawajmy, że to się nie wydarzyło” Jenny Lawson – początkowo dziennikarki „Houston Chronicle”, a następnie popularnej bloggerki. Myślę, że gdyby panie się poznały i postanowiły stworzyć coś wspólnie, rynek wydawniczy przez chwilę wyglądałby jak niebo w sylwestrową noc.
Życzyłabym sobie, żeby takich książek na rynku pojawiało się więcej. Póki co oprócz dziś recenzowanej pozycji przetłumaczona na język polski została także wcześniejsza powieść Moran – „Jak być kobietą”. Na więcej trzeba cierpliwie czekać, a przede wszystkim należy mieć nadzieję, że dziennikarka zdecyduje się kontynuować przygodę z dłuższą formą literacką.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Caitlin Moran, Dziewczyna, którą nigdy nie byłam, Warszawa, Czarna Owca, 2016
Komentarze