„Wyjątkowa miłość w ogniu wojny, pod płaszczem gwiazd i wśród błękitnych wód laguny weneckiej”. Kto by się nie skusił po przeczytaniu tak poetyckiego opisu? Pomyślałam, że powieść na pewno trafi w sedno moich literackich upodobań – historia, wojna, miłość na przekór wszystkiemu i wszystkim…
Cenzo jest rybakiem, którego każdy dzień wygląda tak samo jak poprzedni. W trakcie dnia odsypia, chadza do pobliskiego baru i odwiedza swoją mamę oraz bratową. Nocami zaś wypływa na połów i z tego właśnie powodu jego życie się zmienia, dostrzega bowiem w wodzie martwą dziewczynę. Gdy wyciąga ją na pokład, okazuje się, że kobieta jest Żydówką, a jakby tego było mało – w jego stronę zmierza niemiecki patrol. Dlaczego zatem podczas przeszukania łodzi funkcjonariusze nikogo nie znajdują?
Pierwsze strony wprawiły mnie w niekłamany zachwyt. Z każdego wersu bił niepokój, atmosfera wydawała się być gęsta i zawiesista jak zupa ze śmietaną. Z jednej strony mamy bowiem niemiecki, bezlitosny patrol, a z drugiej – bezbronnego i prostego rybaka. Czuć, że jest wojna; że nie wiadomo co czai się za rogiem. Dlatego pojawienie się w wodzie martwej dziewczyny idealnie wpisało się w stylistykę utworu i tylko spotęgowało moją ciekawość. Zdziwienie było jeszcze większe, kiedy okazało się, że dziewczyna jednak żyje, a co za tym idzie, dodało powieści oryginalnego „smaczku”.
Niestety, mój entuzjazm ze strony na stronę gasł. Liczyłam na powieść kipiącą od emocji i uczuć; na powieść o wielkiej miłości z przeszkodami, gdyż wątek kobiety znalezionej w wodzie wydał mi się szalenie ciekawy. Otrzymałam zaś polityczne rozgrywki, refleksje o wojnie z punktu widzenia głównodowodzących, przepychanki w najwyższych kręgach. Sam wątek dwojga zakochanych gdzieś się rozmywa. Cenzo i Giulia zostają rozdzieleni, a działania podjęte przez Cenza, aby znaleźć ukochaną – po prostu nudne. Miałam nadzieję, że może końcówka przyprawi mnie o szybsze bicie serca, ale i tu dostałam porządnego kuksańca. Zakochani co prawda odnajdują się, ale nie ma ani wielkiej namiętności, ani łez w oczach, ani podniosłych słów wypowiadanych sobie w świetle księżyca.
„Dziewczyna z Wenecji” nie podobała mi się; nie spełniła też pokładanych w niej nadziei. Nie oceniam jej źle – wręcz przeciwnie – uważam, że na pewno znajdzie grono swoich fanów. Po prostu spodziewałam się po niej czegoś innego. Uważam jednak, że warto po nią sięgnąć i samemu wyrobić o niej zdanie.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Martin Cruz Smith, „Dziewczyna z Wenecji”, Albatros, Warszawa, 2018 r.
Komentarze