Przed czym uciekamy? Przed zasadami, przed samym sobą, przed odpowiedzialnością, przed swoimi najbliższymi. Ciągle i nieustannie, coraz dalej. Paradoksalnie, im uporczywiej uciekamy od problemów, tym one bardziej się do nas przybliżają. Rosną ot tak, żywiąc się sobą.
Lars Tobiasson – Svartman jest inżynierem marynarki wojennej, który pracuje na pancerniku „Svea”. Mężczyznę od najmłodszych lat fascynują pomiary. Całymi dniami precyzyjnie wyznacza głębokości wód morskich i szuka nowych szlaków, którymi mogłyby w czasie wojny przemieszczać się szwedzkie okręty. Obsesja na punkcie precyzji odbija się na życiu prywatnym Larsa. A te mija mu spokojnie u boku żony Kristiny – dość oziębłej i zdystansowanej. Małżonkowie, na swój dziwny sposób, darzą siebie uczuciem, jednak w gruncie rzeczy są sobie obcy. „W ogóle nie znam swojej żony” – twierdził bohater – „Dzielę łoże i codziennie zasiadam do stołu z zupełnie obcą kobietą”.
Monotonne życie Larsa zostaje zakłócone, kiedy dociera on do wyspy Halsskär, niedaleko której dokonywane są pomiary. Okazuje się, że na pozór bezludny ląd zamieszkuje półdzikuska Sara Fredrika. Mimo odmienności i braku obycia w świecie, kobieta działa na Larsa jak magnes. W jaki sposób ta znajomość zmieni jego życie?
Szczerze powiedziawszy, spodziewałam się po książce czegoś innego, co też nie znaczy, że się rozczarowałam. Znam Mankella jedynie z mrocznych kryminałów o Kurcie Wallanderze i ta powieść wydała mi się, jakby nie wyszła spod jego pióra; jakby stworzył ją ktoś kompletnie inny. Chwilami miałam wrażenie, że autor chciał napisać coś w kontrze do „Zbrodni i kary” Dostojewskiego. Bo w „Głębi” jest zbrodnia, jest analiza postępowania bohatera, jest zło, które rozrasta się jak chwast na polu. Nie znajdziemy tu jednak szczęśliwego zakończenia, zadośćuczynienia, przebaczenia. Tylko zło w czystej postaci. Bez skrupułów.
Mankellowi udało się coś, czego nie udało się dotąd żadnemu autorowi. Na początku wzbudził moją sympatię do głównego bohatera tylko po to, abym na końcu mogła go szczerze znienawidzić! Jest mistrzem w kreowaniu postaci; a właściwie w stopniowym ujawnianiu jej prawdziwej natury.
Uważam, że powieść to doskonała alternatywa dla powiastek i kryminalików do połknięcia na raz niczym śledziki Lisnera. Może się na początku wydawać nudna, ale jeżeli nie zniechęcicie się i zdecydujecie się zejść w głąb „Głębi” to gwarantuję, że ta książka zostanie z wami na zawsze. Bo takich emocji się po prostu nie zapomina.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Henning Mankell, „Głębia”, Wydawnictwo WAB, Warszawa, 2017 r.
Komentarze