W latach 2012-2013 nakładem Czarnej Owcy ukazała się trzyczęściowa seria kryminałów szwedzkiego pisarza Andersa de la Motte. Pierwsza powieść nazywa się „[geim]”, kolejna „[buzz]”, trzecia zaś „[bubble]”. Weszły one w skład Czarnej Serii wydawnictwa, która zawiera najlepsze, najbardziej tajemnicze i wciągające kryminały. Bohaterem trylogii jest Henrik „HP” Pettersson – życiowy nieudacznik, drobny oszust i złodziej, z drugiej zaś strony brat policjantki i człowiek silnie doświadczony przez życie. Na początku pierwszej części znajduje telefon komórkowy, którego modelu nie rozpoznaje. Bierze go, a jakże, by sprzedać i zyskać szybką gotówkę, którą następnie mógłby przeznaczyć na trawkę, porno i alkohol. Tak się jednak nie dzieje. Telefon jest bowiem jednym z urządzeń, które wybranych ludzi przenoszą do świata Gry, której nie można opuścić już nigdy. Nie będąc żywym.
Seria książek okazała się na tyle oryginalna i ciekawa, że zyskała duże zainteresowanie odbiorców. Z tego też powodu Czarna Owca postanowiła wydać ją raz jeszcze, tym razem z przetłumaczonymi na język polski tytułami. Część pierwsza pojawiła się w wakacje 2014 roku i została nazwana po prostu „Gra”, a przy okazji opatrzono ją nową, wyglądającą na filmową – z tego też powodu dużo gorszą – okładką. Według mnie przedstawione na niej postacie zupełnie nie pasują do opisywanych w powieści bohaterów, ale zakładam, że zmiana okładki na właśnie taką miała w sobie jakiś cel, który być może zostanie wyjaśniony z czasem (czyżby jednak film?). Ponadto nie przekonują mnie również angielskie wstawki głównego bohatera oraz jego pseudo-młodzieżowy, często internetowy slang. Zapewne istnieją ludzie, którzy mówią w ten sposób, ale nie spotyka się ich zbyt często. Nie mogę zatem wyciągnąć innego wniosku niż ten, że postać HP była mocno, dla mnie nazbyt, przerysowana.
To, co podobało mi się najbardziej, to sam pomysł na powieść oraz dawkowanie napięcia. Choć rosło ono od samego początku, to w drugiej połowie znacznie przyspieszyło, a ostatnie trzy rozdziały przeczytałam bez chwili odpoczynku, zaniedbując w ten sposób inne czynności. Powieść skończyła się zadowalająco – autor wcale nie musiał dopisywać kolejnych dwóch części, żeby czytelnik czuł się usatysfakcjonowany. Wszystkie rozpoczęte i najbardziej frapujące wątki zostały rozwinięte i doprowadzone do końca, a te, które pozostawiły po sobie nutkę tajemnicy, z całą pewnością mogłyby takie zostać, a odbiorca dopowiedziałby sobie ciąg dalszy sam.
Na koniec dodam jeszcze, że fanów tego typu powieści, albo nawet dokładnie takich powieści, ucieszyć powinien fakt, że na początku 2014 roku na ekranach kin pojawił się horror „13 grzechów”, którego fabuła do złudzenia przypomina „Grę”. Oba utwory polegają na wypełnianiu kontrowersyjnych, niebezpiecznych i nielegalnych zadań przez głównych bohaterów, którzy w ową grę wciągnięci zostają za pomocą telefonu komórkowego. Pierwsze zadanie jest zawsze banalne – w książce „ukradnij parasol”, w filmie „zabij muchę”. Po ich wykonaniu na konto mężczyzn wpływa gotówka. I żaden z nich nie potrafi się powstrzymać, by nie wypełnić kolejnego... Jak to się skończy? Ile ludzi będzie trzeba poświęcić po drodze? Tego wam nie zdradzę. Sięgnijcie po książkę i obejrzyjcie film, bo naprawdę warto, chociażby dla porównania tego nieprawdopodobnego, pełnego huku wybuchających budynków świata z naszą zwykłą, szarą, milczącą codziennością. Kto wie... może po lekturze dojdziecie do wniosku, że wcale nie jest ona aż tak bardzo szara i milcząca? Może akurat gdzieś za ścianą dzwoni komuś telefon?
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Anders de la Motte, „Gra”, Warszawa, Czarna Owca, 2014
Komentarze