„Gustloff. Tajemnica bursztynowej komnaty” – recenzja

Recenzja książki „Gustloff. Tajemnica bursztynowej komnaty”.
Rozpala wyobraźnię, wyzwala poszukiwawczy instynkt.

Bursztynowa komnata, bo to o niej mowa, jest chyba najsłynniejszym skarbem, który przepadł jak kamień w wodę. Stała się legendą (obok m.in. klejnotów koronacyjnych Króla Jana, skarbu z Limy czy Jaj Farbergé), celem poszukiwaczy, nieziszczoną fantazją tych, którzy marzyli o wielkim bogactwie.

Bursztynowa Komnata została zamówiona w 1701 roku przez Fryderyka I Hohenzollerna u mistrza bursztyniarskiego z Gdańska, który wraz ze swoimi uczniami tworzył ją 11 lat. Dzieło było imponujące. Ściany pokoju o wymiarach 10,5 x 11,5 m. pokrywały precyzyjnie dobrane i obrobione kawałki bursztynu, które tworzyły płaskorzeźby i herby. W 1716 roku car Piotr I Wielki podczas wizyty w Prusach, zachwycony arcydziełem, otrzymał je w podarunku od Fryderyka jako dowód przyjaźni i zawartego sojuszu. Dar trafił do Petersburga, a następnie do pałacu w Carskim Siole. Bursztynowa komnata została zrabowana przez Niemców w 1941 roku i przewieziona do Królewca. Wiadomo, że gdy nazistom palił się grunt pod nogami, komnatę ponownie zapakowano do skrzyń i… ślad po niej zaginął. Wielu śmiałków i poszukiwaczy przygód próbowało odnaleźć ten cenny zabytek, jednak na próżno. Pozostaje wciąż nierozwiązaną zagadką.

O poszukiwaniach bursztynowej komnaty opowiada powieść Krzysztofa Piersy „Gustloff. Tajemnica bursztynowej komnaty”. Tytuł wiele obiecywał. Spodziewałam się fenomenalnej powieści kryminalno – sensacyjnej z wątkiem  historycznym. Jak wyszło?

Ryszard Ginlet umiera w dziwnych okolicznościach. Okazuje się, że mężczyzna przegryzł ampułkę z cyjankiem i nie jest jedynym emerytem, który w ostatnim czasie pożegnał się ze światem. Okazuje się, że wszyscy zmarli staruszkowie należeli do Judenrat, czyli żydowskich kolaborantów.

Ginlet przed śmiercią zostawia swojemu wnukowi – Tomaszowi - zaszyfrowany testament oraz zegarek. Jakby tego było mało, ktoś czyha na jego życie. Z pomocą Tomaszowi przychodzi aspirant Kornelia Jędrzejczyk oraz Brain – kolega – programista. We trójkę rozszyfrowują wiadomość od zmarłego Ginleta i podążają za pozostawionymi wskazówkami, które prowadzą ich do wraku „Wilhelma Gustloffa”, statku pasażerskiego, na którego pokładzie miał znajdować się zrabowany przez nazistów skarb.

Jak oceniam tę powieść? Na pewno niejednoznacznie. Miałam ogromne oczekiwania w związku z tą książką i trochę się rozczarowałam. Uwielbiam, gdy teraźniejszość przeplata się z przeszłością i sam pomysł na fabułę totalnie mnie kupił, jednak świetny pomysł to jedno, a jego realizacja to już coś zupełnie innego. Intryga prowadząca do rozwiązania zagadki jest całkiem niezła, aczkolwiek ilość szczęśliwych zbiegów okoliczności może porażać nawet mało wprawnego czytelnika. Miałam wrażenie, że autor chyba zbyt mocno zainspirował się „Kodem Leonarda da Vinci”, tworząc ze swojej powieści uboższą krewną najsłynniejszego utworu Dana Browna. Muszę jednak stwierdzić, że mimo tych inspiracji wątki historyczne ciekawie i dobrze współgrają z literacką fikcją.

Chyba najsłabszym punktem tej historii są bohaterowie. Kornelia Jędrzejczyk i Tomasz Ginlet to postacie zupełnie przeciętne, a ich romans – mam wrażenie – psuje wszystko zamiast budować. Z kolei ich kolega supermózg Brain z oceanem pieniędzy, sponsor wyprawy i dziwak, który, choć początkowo bardzo mnie irytował, z czasem nieco zyskał w moich oczach. Dialogi pomiędzy postaciami są sztuczne, nienaturalne, jakby pisał je ChatGPT.

Mimo wszystkich mankamentów książkę czytało się szybko i płynnie. Uwielbiam opowieści o zaginionych skarbach (np. o złocie Romanowów, które to ukryli tuż przed nadejściem rewolucjonistów czy o słynnym pociągu nazistów, którego dane geograficzne znał skazany na śmierć Herman Göring), dlatego też czasu z powieścią pana Piersy nie uważam za stracony. Chociaż nie pojawiło się w tej książce coś, czego bym o bursztynowej komnacie nie wiedziała, to i tak cieszę się, że mogłam uczestniczyć w rozwiązaniu tej niesamowitej zagadki. Po przeczytaniu powieści pomyślałam sobie, że chciałabym, aby bursztynowa komnata istniała; aby ktoś ją znalazł. Niestety, po przeczytaniu wielu książek o tej tematyce, skłaniam się bardziej ku teorii, że spłonęła w trakcie alianckich bombardowań w 1945 roku. Cóż, całe szczęście, że historia kryje jeszcze wiele tajemnic. Mam nadzieję, że chociaż część z nich uda się rozwikłać tęgim umysłom.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Krzysztof Piersa, „Gustloff. Tajemnica bursztynowej komnaty”, Initium, Kraków, 2024.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat