„House of Cards. Ograć króla” – recenzja

Recenzja książki „House of Cards. Ograć króla”.
Francis Urquhart powraca w wielkim stylu, by rzucić wyzwanie brytyjskiemu królowi.

Od wydania pierwszej części cyklu „House of Cards” w polskim tłumaczeniu nie minął nawet rok, a w księgarniach już pojawiła się kontynuacja o podtytule „Ograć króla”. Podstępnemu i wyrafinowanemu Francisowi Urquhartowi nie dość było obalić premiera i zająć jego gabinet, tym razem porywa się na figurę znacznie większą, bo samego brytyjskiego króla. Pragnie wygrać przedwczesne wybory, by tytuł premiera został usankcjonowany głosem większości społeczeństwa, a także robi wszystko, by przemienić Wielką Brytanię w Wielką Urquhartanię, czyli wyspę działającą w zgodzie z interesem mężczyzny. Jak wiadomo, przy tak wielkiej ambicji i planach łatwo można się potknąć. A chętnych, by podłożyć nogę, znajdzie się wielu.

Pierwsza część książki zachwyciła mnie, jednocześnie zaskakując. Dramat polityczny? Nie, to nie dla mnie – myślałam. Kilka stron wystarczyło jednak, bym zmieniła zdanie i oddała powieści serce, okrzykując zdecydowanie najlepszą, jaką czytałam w tym roku. Podobała mi się pleciona w niej intryga, gierki i podstęp. Cel był jasno postawiony, a droga trudna, ale zarysowana. Co najważniejsze, głównemu bohaterowi udało się wyzwaniu sprostać. Zgoła inaczej sytuacja przedstawia się w „House of Cards. Ograć króla”. Brakuje tu przeciwnika, którego można by pokonać, zajmując jego miejsce. Władcę można co najwyżej odsunąć, zdegradować, można zniechęcić do niego lud, uczynić mniej popularnym. Zaplanowana akcja zajmuje mniej czasu, bo fabuła zamyka się w kilku miesiącach, a bohaterowie stąpają po cieńszym lodzie, igrając z wieloletnią tradycją rodziny królewskiej. W książce mniej jest polityki, a więcej kombinowania i opisywania działań, do jakich zdolna jest osoba zdesperowana, w potrzebie lub niezrozumiana. Druga część „House of Cards” jest więc zupełnie inna od pierwszej.

Powieści łączy główny bohater, podział na części (tym razem są trzy), długość rozdziałów i niezastąpione cytaty rozpoczynające każdy z nich. Są równie cyniczne i pełne samouwielbienia, jak poprzednio, częściej jednak dotyczą króla i jego rodziny niż świata polityki. Ich autor, Urquhart, wydaje się jednak nieco podstarzały, jakby stracił wyczucie i rozeznanie, częściej traci kontrolę. Dobbs kilkakrotnie wspomina o jego wyglądzie i sylwetce, która raz jest wyprostowana i wyraża pewność siebie, drugim razem zdradza wiek premiera i podkreśla jego ograniczenia. Wszystko to prowadzi do najbardziej prawdopodobnego rozwiązania książki, które mimo wszystko wprawiło mnie w lekki smutek. Po dawce nieracjonalnego żalu przyszło na szczęście ukojenie w postaci epilogu – części być może najbardziej niepasującej do charakteru powieści, a jednocześnie najbardziej ludzkiej i schlebiającej wrażliwym sercom czytelników.

„House of Cards. Ograć króla” uważam za książkę dobrą, ale nie lepszą od arcydzieła, jakim wydała mi się część pierwsza. Na trzecią, ostatnią już cześć czekam z zapartym tchem.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Michael Dobbs, House of Cards. Ograć króla, Znak, Kraków 2015



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat