Francis Urquhart to kochająca intrygi, sarkastyczna i nieprzeciętnie inteligentna postać. Dzięki swemu sprytowi, ambicji i bezduszności wdarł się do politycznego świata, przystąpił do partii, a potem krok po kroku wysuwał się na jej czoło, ostatecznie zostając premierem. Tak skończyła się pierwsza część sagi „House of Cards”, otwierając drzwi drugiej, w której mogliśmy śledzić nieczystą walkę Urquharta z samym królem Wielkiej Brytanii. I tym razem mu się powiodło. Choć tracił poparcie w kraju, a sondaże jego partii nie przedstawiały się najkorzystniej, surowy polityk osiągnął niemal wszystko, co sobie zaplanował. Po raz kolejny przekonał do siebie obywateli, by przez kolejne lata twardą ręką sprawować nad nimi rządy. Ale czy na pewno?
Trzecia część dramatycznej serii Michaela Dobbsa zaczyna się od prologu, w którym poznajemy młodego, niezwiązanego jeszcze z polityką Urquharta. Dowiadujemy się z niej, w jaki sposób mężczyzna zaszedł tak daleko oraz co go „stworzyło”. Wstęp jest dość krótki, militarny, osadzony na objętym działaniami zbrojnymi Cyprze. Później następuje przeskok do czasów obecnych, gdzie niestety brakuje głównego bohatera. Przez kilka pierwszych rozdziałów czytamy o innych ludziach i – oczywiście – knuciu, podstępnych planach i przekupstwach. Świat znany z powieści Dobbsa nie zmienił się, jest tak samo zepsuty i okropny, pod tym względem emocji na pewno nam nie zabraknie.
Co jednak z Urquhartem? Miałam wrażenie, że tym razem, na ponad pięciuset stronach, jest on tylko bohaterem jednym z wielu, równorzędnym. Na dodatek zabrakło jego charakterystycznych współpracowników, wszyscy odeszli. W pierwszej części – „Bezwzględnej gry o władzę” – polityk wiódł prym, czarując czytelnika ciętym językiem, sprytem i przebiegłością, bezapelacyjnie zostawiając wszystkich innych w tyle. W drugiej części – „Ograć króla” – zrobił nieco miejsca dla tytułowego króla. Wtedy też Dobbs zdecydował się na podzielenie rozdziałów, by jedne dotyczyły polityka, a drugie władcy. W trzeciej jednak – „Ostatnim rozdaniu” – Urquhart zniknął w tłumie, a gdy już udało mu się skupić na sobie reflektory, okazał się stary, zmęczony życiem i bezużyteczny. Co chwilę podkreślając, że wcale tak nie jest i że ma jeszcze wiele do powiedzenia, tylko pogarszał sprawę.
Nie zepsuję wam zabawy i nie zdradzę, jak skończyła się powieść. Czy było to najlepsze z możliwych rozwiązań? Trudno mi powiedzieć. Fabuła wydała mi się jednak nieco przeciągnięta, momentami nudziła mnie i nużyła. Jedynkę z przyjemnością uznałam za najlepszą książką, jaką przeczytałam w roku 2015, do dwójki z przyjemnością wrócę, jeśli będę miała czas, trójka zaś... cóż, wróżę jej co najwyżej pokrywanie się kurzem.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Michael Dobbs, House of Cards. Ostatnie rozdanie, Kraków, Znak, 2016
Komentarze