Już sam tytuł powieści Penelope Bloom – bestsellerowej autorki wg „USA Today” – jest dość dwuznaczny. „Jego banan”. Tylko dziecko mogłoby pomyśleć, że chodzi o owoc. Jednak, jak się okazuje, historia została zbudowana właśnie wokół owoca, który stał się początkiem dość ostrej i gorącej znajomości.
Narracja prowadzona jest dwutorowo. Pierwszym narratorem jest Natasha – chodząca katastrofa; kobieta - niszczyciel. Gdyby ktoś, jak w tym kawale o Jasiu, podarował jej dwie kulki – jedną by zepsuła, drugą by zgubiła. Myślę, że ten przykład dobitnie pokazuje, jaki typ osobowości reprezentuje bohaterka. Mimo wrodzonego talentu do przyciągania problemów Natasha otrzymuje życiową szansę – jako dziennikarka ma dostać się na staż do agencji Bruce’a Chambersona i znaleźć na niego haki, które będą wytrychem do jej świetlanej przyszłości.
Świat poznajmy też z perspektywy samego Bruce’a – prezesa tejże agencji reklamowej - który zarówno wobec siebie, jak i swoich współpracowników stosuje pruską dyscyplinę. Nie toleruje jakiegokolwiek chaosu i jakichkolwiek odstępstw od normy. Dlatego też, gdy zauważa niesforną stażystkę zjadającą jego banana, ogarnia go złość, która z czasem przeobraża się w namiętność i pożądanie…
Wybaczcie, jeżeli będę zbyt brutalna lub kolokwialna, ale operując kwiecistą polszczyzną nie oddam klimatu tej książki. Książka jest prosta jak budowa cepa i określiłabym ją jednym słowem - „zdzirowata”. Naprawdę nie trzeba posiadać zbyt pokaźnego zasobu szarych komórek, aby zrozumieć jej treść. Myślę, że typowa Karyna czy Dżesika nie miałaby problemów, aby skumać o co chodzi. Ona idzie do agencji pod przykrywką, żeby go skompromitować, ale tak się składa, że zaczynają się bzykać jak króliki. I koniec. BTW, powinnam napisać podręcznik: „Jak streszczać fabułę książek w jednym zdaniu”.
Jednego nie można autorce omówić – rzeczywiście potrafi rozpalić wyobraźnię i nie tylko (!). Bałam się, że sceny erotyczne będą przypominać mi o fatalnych książkach Alice Clayton. Na szczęście Bloom udało się nie wpaść w pułapkę infantylizmu – momentami jest naprawdę pikantnie! Zbliżenia są opisane dość szczegółowo, napięcie stopniowane, a niejednej kobiecie może zrobić się naprawdę gorąco i mokro. Jednak i tu można znaleźć wiele niedociągnięć. Jestem w stanie uwierzyć, że słowa - „(…) kiedy jego usta dotknęły wewnętrznej strony mojego uda, wszystkie obawy utonęły w powodzi rozpalonej do białości rozkoszy” – wypowiada kobieta. Nie wierzę zaś, że teksty w stylu „czułem ciasną obręcz jej warg, gdy poruszała głową w górę i w dół” czy „ostatnie spazmy orgazmu przechodziły w mrowienie” mógł wypowiedzieć facet! No chyba, że należy do wymierającego gatunku „chłopos w pytę romantikos”. Proszę wybaczyć mi wulgarność, ale jedyne na co zdobyłby się facet pokroju opisanego Chambersona, to „poruchałem”. Bo o zastanawianiu się nad aktem seksualnym czy refleksjach o uczuciach i miłości nie może być tu mowy. Książkową parę łączy tylko seks i zwierzęce przyciąganie. „Nie zna imienia pana, a już randka rozbierana” – rzekłby zapewne jeden z klasyków.
Uważam, że stojące na dość dobrym poziomie sceny erotyczne, to stanowczo zbyt mało, aby książkę uznać za dobry erotyk. Powieść erotyczna powinna nie tylko rozgrzewać scenami łóżkowymi, podsycać żądze w skromnych panienkach, ale przede wszystkim mieć wartką, wciągającą akcję. Oparcie wszystkiego na seksie jest zawsze złym pomysłem. W książce Bloom brakuje akcji - jest tylko banalna, biurowa historyjka jakich wiele. Nic poza tym.
Uważam, że każda kobieta powinna przeczytać „bananka” (tak pieszczotliwie nazwałam to czytadełko) i sama wyrobić sobie zdanie na jego temat. Mnie powieść nie urzekła, choć momentami dałam się uwieść erotyzmowi, który płynie tu szerokim strumieniem (jak dwa szybkie żubry). Z pewnością podczas czytania odpoczęłam od myślenia, a to dla młodej i pracującej matki, ogarniającej dom i wszystko dookoła jest niewątpliwie luksusem.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Penelope Bloom, „Jego banan”, wyd. Albatros, Warszawa, 2019 r.
Komentarze