Pamiętacie Bruce’a Chambersona i nieco roztrzepaną Natashę oraz ich erotyczne przygody z bananem w tle? Tak? No to zapnijcie pasy i przygotujcie się na kolejną eksplozję doznań. Jakich? Tego dowiecie się później.
„Jego banan” – to książka dość miła i przyjemna, ale nie oszukujmy się, tanich lotów. Skierowana jest raczej - i tu przepraszam, bo polecę mocnym stereotypem – do typowych fanek James i Lipińskiej; pozbawionych raczej krytycznego myślenia i oblizujących się podczas czytania o robieniu loda. Kolejna powieść Bloom – „Jej Wisienki” – jest łudząco podobna do swojej poprzedniczki, z tym szczegółem, że bohaterowie są jeszcze mniej rozgarnięci.
Palmę pierwszeństwa w książce dzierżą: Hailey – dziewica (jest to w książce podkreślane tak wiele razy, jakby było to dla kobiety najgorszą hańbą) i właścicielka piekarni, a także autorka wyśmienitych tart, które mężczyznom odbierają rozum, a kobietom – figury. Drugi bohater ma na imię William, i jeśli dobrze zapamiętaliście poprzednią część, to podpowiem wam – tak! To ten William – łamacz niewieścich serc i niestrudzony penetrator dolnych partii ich ciał. Fabuła, o ile tak można nazwać treść książki, jest dość banalna i próżno w niej doszukiwać się czegokolwiek. Ot, mamy niesforną i nieśmiałą główną bohaterkę posiadającą zerowe doświadczenie w relacjach intymnych oraz pełnokrwistego ogiera, który przychodzi do jej lokalu. Czy muszę opowiadać, co będzie dalej, czy też może jest to aż tak do bólu przewidujące, że nie muszę? Oczywiście William wprowadza Hailey w niesamowity świat ars amandi i uprawia z nią seks zawsze i wszędzie. Czasem towarzyszy mu nawet całkiem spora doza humoru: „Idealnie się dla mnie rozłożyła – ba, moja mała niegrzeczna dziewczynka z piekarni nawet sią na tę okazję ogoliła. Ale ja szalałem za nią tak bardzo, że nie zniechęciłoby mnie nawet jej afro”. Przysięgam, że po przeczytaniu tego fragmentu, kanapka, którą przeżuwałam, wylądowała na przeciwległej ścianie.
Nie chcę być zbyt surowa w swojej ocenie ani za bardzo pruderyjna, ale po prostu dziwi mnie sukces takich książek – książek, w których kobiety przedstawione są przedmiotowo, jak kukły na których faceci mogą sobie używać jak chcą. Książek, które nie przekazują nic wartościowego; które są napisane tak okropnym językiem, że aż chce się użyć łopaty, by wybierać z niej muł i brud. Literatura jest odzwierciedleniem społeczeństwa; jego pragnień i potrzeb. Skoro jest popyt na wulgarność, jest i podaż. Niektóre autorki z epatowania seksem zrobiły sobie niezły biznes i Bloom z pewnością się do nich zalicza.
Na koniec chciałabym się podzielić nieco smutną refleksją. Ktoś powie, że może jest ciut na wyrost albo stwierdzi, że szukam dziury w całym i urwałam się z jakiegoś ciemnogrodu, ale mniejsza o to. Mam 30 na karku – i dużo, i mało. Wystarczająco, aby pamiętać czasy sprzed Internetu i komórek, być może zbyt mało, aby kogokolwiek pouczać. Pamiętam jednak muzykę, na której się wychowałam – Kult, Perfect, Lady Pank, Republika. Ich kawałki słyszało się na dyskotekach, festynach, koncertach. Nagrywało się je na kasety. Miłość i seks w większości piosenek wymienionych przeze mnie zespołów jest tematem przewodnim. Ktoś stwierdzi, że w sumie nic się nie zmieniło. Wszakże dziś też o tym słuchamy. A jednak różnica pomiędzy „Podobno tylko raz na milion lat tak dzieje się, że ciała dwa/ Spadają nagle w siebie chcą czy nie i płoną tak, kochając się” a chociażby kawałkiem Pei „Chcę tak bardzo pierdolić się z Tobą” jest dobitna. Proszę prześledzić jak ewoluowała chociażby kariera królowej popu – Madonny - która w latach 90-tych śpiewała, że „Miłość jest jak ptak, pragnie latać” czy „Słyszę twój głos, przypomina westchnienie anioła”, a teraz, będąc już starą babą drze się ze sceny: ,,Dziwko, jestem szalona / Pocałuj mnie w usta /Dziwko, lubię to, / bardzo się tego boję /Chcę być twoją suczką." Czy to nie jest przykład degradacji człowieka, uczuć, piękna tego, co może zdarzyć się między dwojgiem ludzi? Jest różnica między erotyką a prymitywnym pornolem. Wnioski wyciągnijcie sami.
Całe szczęście na rynku jest wiele wartościowych publikacji, którymi można się zainteresować. A „Jej Wisienki”? Cóż. Z pewnością istnieje grupa kobiet, która książką będzie zachwycona; ja nie cierpię płycizny i romansów rodem z Harlequinów. Dodam, że uwielbiam publikacje wydawnictwa Albatros. Jeśli chcecie poczytać o miłości i wysoko ją cenicie, to sięgnijcie po: Riley, Evansa, Morton, Musso czy Sparksa (chociaż ci dwoje potrafią być z kolei zbyt cukierkowi). A Penelope Bloom omińcie szerokim łukiem.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Penelope Bloom, „Jej Wisienki”, wyd. Albatros, Warszawa, 2019 r.
Komentarze