„Jeremy Poldark” – recenzja

Recenzja książki „Jeremy Poldark”.
Głód rośnie w miarę czytania.

Kolejna, wspaniała opowieść o rodzie Poldarków jest już za mną. I znów, jak mantra, nachodzi mnie ta sama refleksja… Urodziłam się nie w tej epoce, co trzeba. Żyję w hałaśliwym, obskurnym mieście, w peerelowskim bloku, wśród rzeczy, które co dnia przyprawiają mnie o frustrację. A ja tęsknię za murowanym domem, za nieskażoną przyrodą i za mężczyznami, którzy kłaniali się kobietom i przemawiali pięknym i dystyngowanym językiem. Chciałabym kiedyś założyć suknię z prawdziwego zdarzenia, pójść na bal i sączyć porto przy blasku świec. Albo przejechać konno doliną pełną kwiatów i zobaczyć w oddali znane zabudowania. Ach, marzenia. Tak pięknie je mieć!

Trzecia część sagi o Poldarkach opowiada chyba o najtrudniejszych chwilach Demelzy i Rossa. Małżeństwo po śmierci córki przeżywa kryzys. Załamani stratą małżonkowie oddalają się od siebie, a do ich domu wkrada się chłód. Jakby tego było mało, Ross zostaje oskarżony o zrabowanie dwóch statków. Mimo wygranego procesu, para cały czas zmaga się z problemami finansowymi i słabo prosperującą fabryką miedzi. Jakby tego było jeszcze mało, przebiegły niczym lis bankier George Warleggan tylko czeka na potknięcie Poldarka, aby móc go pogrążyć.

Mimo, że przedstawiona tu historia jest smutna, to nie beznadziejna. Były chwile, kiedy bohaterowie w samotności połykali łzy; gdy wydawało się, że nie ma szans na porozumienie. Jednak nie zabrakło tych szczęśliwych momentów, w których następowało pojednanie, a spokoju rodzinnego nie mogło nic zmącić. W tych chwilach, mimo wielu wątpliwości, Demelza i Ross trwali przy sobie. Ich miłość już nieco ostygła, a miejsce dawnych szaleństw zajęło głębokie przywiązanie. Jednak autor konsekwentnie uświadamia, że warto walczyć o siebie, o relacje, które budujemy. Miłość nie trwa wiecznie i to nie ona ma nieść nas na swoich barkach, ale wymaga abyśmy to my ją wzięli na ręce i potrafili przenieść przez swoje życie. Nie zawsze jest słodkim nektarem, częściej gorzkim napojem. Jednak jest tą tajemną siłą, która napędza życiowe trybiki  i pozwala nam z dnia na dzień stawać się lepszymi.

Styl Winstona Grahama pozostaje bez zmian, a powieść (podobnie jak pozostałe) czyta się jednym tchem. Autor maluje słowami, jest doskonałym pejzażystą dusz i miejsc. Jego przekaz jest tak sugestywny, że w nozdrzach czuję zapach kaczki w pomarańczach, widzę kredens z urwanym uchwytem, słyszę głosy, którymi przemawiają bohaterowie. Czy to schizofrenia? Nie, to magia książki, która zawiera w sobie wszystko: fantastyczny język, wyraziste postacie, wątek miłosny, niespieszna akcja i rozległe tło historyczne.

Powieść polecam osobom, które podobnie tak jak ja, szukają w literaturze zarówno rozrywki, jak i odprężenia, spokoju. Jest ona dokładnym przeciwieństwem świata, w którym żyjemy. Zanim jednak sięgnięcie po „Jeremy’ego Poldarka” polecam przeczytanie wcześniejszych tomów pt. „Ross Poldark” i „Demelza”.

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Winston Graham, „Jeremy Poldark”, wyd. Czarna Owca, Warszawa, 2016 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat