„Jesienne zauroczenie” – recenzja

Recenzja książki „Jesienne zauroczenie”.
Kobiety buchające pożądaniem – strzeżcie się!

Niepokorna i zbuntowana Lidia Bowman pochodzi z bogatej, amerykańskiej rodziny, która dorobiła się w przemyśle mydlanym. Mogłoby się wydawać, że jest idealną partią dla jakiegoś dobrze sytuowanego, brytyjskiego arystokraty. Niestety… Rodzina może i jest majętna, ale nie może się poszczycić historycznym rodowodem. Jakby tego było jeszcze mało, zachowanie Lidii wcale nie pomaga jej w znalezieniu odpowiedniego męża. Dziewczyna woli oddawać się spotkaniom z przyjaciółkami, robieniu psikusów służbie i rodzinie oraz grze w palanta w samych reformach ze stajennymi chłopcami.

Największą dezaprobatą darzy dziewczynę Marcus Westcliff – najbardziej pożądany mężczyzna w całej Anglii. Lord uważany jest za uosobienie zdrowego rozsądku i chłodnej kalkulacji, a emocjonalne porywy wydają się nie być w jego stylu. Jednak kiedy porywa w ramiona Liliann, ogarnia go namiętność i wszechogarniające pożądanie. Nie może przestać o niej myśleć, a każde spojrzenie kobiety zamienia jego ciało w żarzące palenisko. Czy z tej miłości wyniknie coś dobrego?

Oczywiście, że tak. Ciężko, żeby romans zakończył się inaczej jak happy endem. Nie zabrakło w nim zazdrości, dreszczyku emocji ani wątku podłej teściowej, która chciała pokrzyżować plany dwojga zakochanych. Jak na prawidłowy romans przystało nie brakuje w nim pikanterii i erotycznych scen. Ach te opisy seksów! Myślę, że wszystkie pokojówki, podstarzałe matrony i pannice wykradające cichaczem lektury mamom z pokojów mdlałyby z rozkoszy. Bo chyba o taką grupę docelową autorce chodziło?

Na mój gust w opisach autorka stosuje zdecydowanie za dużo słownictwa militarnego. Za dużo! „Jej ciało w pełni otworzyło się na śliską i gorącą inwazję”, „zaatakował gęstwinę jej loków”, „wzniecił dziki ogień” itd. Przewracając kolejne strony bałam się, że przeczytam wreszcie iż figlarny Marcus „wyjmie swoją małą armatkę i zacznie strzelać gdzie popadnie”. Ku mojemu zdziwieniu, to nie nastąpiło. A szkoda. W kontekście wielu toczących się konfliktów zbrojnych, ten mały damsko-męski seksualny porachunek mógłby okazać się wisienką na torcie.

Książkę czyta się naprawdę lekko jak każdą o niezbyt skomplikowanej fabule. Zresztą czy w niej akurat fabuła była najważniejsza? Nie sądzę. Kobietom, które zamierzają przeczytać „Jesienne zauroczenie” dam jedną radę. Nie raczcie swoich ukochanym tych bardziej soczystymi fragmentami lektury z nadzieją, że ich coś ruszy. Rozczaruję was. Zamiast oczekiwanego seksu dostaniecie albo salwę śmiechu, albo zostaniecie posądzone o posiadanie mózgu wielkości zielonego groszku. A to czy wiem to z własnego doświadczenia, czy też nie, niech zostanie owiane tajemnicą.

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Lisa Kleypas, „Jesienne zauroczenie”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, 2016 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat