„Jeszcze jeden oddech” – recenzja

Recenzja książki „Jeszcze jeden oddech”.
Poruszająca historia bez happy endu. Czy aby na pewno...?

Rak to okrutna choroba, przez którą można stracić potrzebną do życia siłę i poddać się, tak po prostu i w całości. Można jednak wybrać ścieżkę przeciwną – zacząć żyć pełnią życia, pozostawić po sobie tyle dobra, ile się da, w końcu walczyć aż do chwili, w której wyda się jeszcze jeden, ostatni oddech. Nie samotnie i nie w smutku. Z żalem, owszem, ale i w poczuciu spełnienia. Tuż obok najdroższej osoby, w otoczeniu oddanej i kochającej rodziny. Z setką ludzi, którym uratowało się życie, za ścianą. Zbyt wcześnie, to pewne, i nie przeżywszy wszystkiego, co warte było przeżycia, ale zrobiwszy wystarczająco wiele, by dowiedział się o tym świat. Właśnie takiego wyboru dokonał Paul Kalanithi, amerykański neurochirurg i pisarz, mąż Lucy Kalanithi i ojciec małej Cady.

Dawno nie miałam w rękach żadnej autobiografii. Kiedy sięgam po książki, zwykle są to powieści z różnych gatunków. Żeby przeczytać jakąś autobiografię lub biografię, lub chociaż jej część, muszę znać i lubić daną osobę, albo chociaż w jakimś stopniu się nią interesować. Paula Kalanithi jednak nie znałam. Notkę o nim przeczytałam dopiero po zapoznaniu się z tytułem, „Jeszcze jeden oddech” zamawiając ze względu na opis. Miała być raportem – a może pamiętnikiem? – walki neurochirurga z rakiem. Zdrowego mężczyzny w pełni sił i z godnymi pozazdroszczenia perspektywami na przyszłość, tylko i aż dobrego człowieka, któremu na drodze stanęła najgorsza odmiana jednej z najgorszych, najbardziej wycieńczających chorób. Byłam ciekawa, jak ją opisał. Jak wygląda perspektywa nie tylko chorego człowieka, ale i chorego lekarza.

Nie zawiodłam się. „Jeszcze jeden oddech” została napisana prostym, przystępnym językiem. Jej słowa nie są przepełnione złymi emocjami, żalem ani pretensjami, choć ich autor miał pełne prawo czuć się skrzywdzony przez los czy Boga, do którego po zapoznaniu się z diagnozą powrócił. Z pewnością jednak owe słowa emocje wywołują w czytelniku. Mnie na przykład zrobiło się przykro, współczułam zmarłemu i jego bliskim, a jednocześnie czułam szczęście, że mimo trudności udało mu się jeszcze tyle pod koniec życia zrobić. Odczułam ulgę, gdy trafiłam na opis sceny śmierci neurochirurga, a po zamknięciu książki znalazłam się w pewnego rodzaju odrętwieniu. Zamyśliłam się nad kruchością wszystko, co nas otacza, a także pewnością, z jaką snujemy plany, choć w każdej chwili może nam je coś pokrzyżować.

„Jeszcze jeden oddech” nie jest książką, do której można często wracać, nie stanowi to jednak jej wady. Wystarczy przeczytać ją raz i zrozumieć. Zachować ciszę przez paręnaście minut, pomyśleć, zastanowić się. Potem wrócić do codzienności i wykorzystać resztę dnia tak, jakby miał być naszym ostatnim. Jeśli możemy dzielić się dobrem, powinniśmy. Myślę, że jest to jedna z ważniejszych nauk płynących z historii Paula Kalanithi.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Paul Kalanithi, Jeszcze jeden oddech, Kraków, Wydawnictwo Literackie, 2016



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat