Detektywowi Billowi Hodgesowi nie pozostało już wiele do zrobienia. Po ciężkiej służbie odszedł na zasłużoną emeryturę. Najcięższy przypadek w jego karierze – Brady Hartsfield zwany Zabójcą z Mercedesa jest unieszkodliwiony i spędza swoje dni w sali numer 217 Kliniki Traumatycznych Uszkodzeń Mózgu.
Czy niepozorny, wegetujący na szpitalnym łóżku pacjent, który całe dnie spędza na gapieniu się w napisy wyświetlacza elektronicznego urządzenia, może być groźny? Oczywiście, że nie. Przecież to tylko „warzywo”. Człowiek, który nie umie sam załatwić swoich potrzeb. Ktoś, kto sika w pieluchomajtki. Ktoś, komu można wykręcić sutki i powiedzieć kilka przykrych słów.
A jednak. Okazuje się, że w słynnym Zabójcy z Mercedesa drzemie jakaś nieokiełznana, wielka siła. Lekarze uważają, że ten niepełnosprawny pacjent nigdy nie odzyska pełni władz umysłowych i fizycznych. Jednak w niewyjaśnionych okolicznościach dochodzi do samobójstw ludzi, którzy przed wieloma laty cudem przeżyli masakrę Mercedesem. Bill Hodges nie wierzy w przypadki i dziwne zbiegi okoliczności. Okazuje się, że intuicja go nie zawodzi. Zabójca nie tylko odzyskał świadomość, ale odkrył w sobie nowe pokłady niezwykłych umiejętności – telekinezy i wnikania w umysły innych ludzi. Tak silna broń w rękach psychopaty nie może wróżyć nic dobrego…
„Koniec warty” zamyka trylogię detektywistycznych powieści Stephena Kinga. I z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że zamyka ją… kiepskimi, skrzypiącymi drzwiami. Mimo, że powieści samej w sobie nie mogę zarzucić nic, poza zbyt absurdalną fabułą, to w porównaniu do poprzednich dwóch części, ta wypada dość mizernie. Zarówno w „Panu Mercedesie” jak i w „Znalezionym, nie kradzionym” mogłam oddychać prawdziwym pisarstwem Kinga. Tym, które tak bardzo polubiłam. Tym, w którym nie brakuje nagłych i niespodziewanych zwrotów akcji oraz efektów paranormalnych. W tej części nie czułam charakterystycznej dla jego twórczości niepewności i napięcia. Czytając „Koniec warty” wiedziałam jak potoczą się dalsze losy bohaterów i ze stoickim spokojem wertowałam kolejne strony książki. Czasem miałam wrażenie, że do powieści wkrada się… nuda. Często ziewałam i przysypiałam. A nigdy wcześniej przy jego książkach nie zdarzały mi się takie sytuacje! Po trzech piwkach i wyczerpującej imprezie potrafiłam czytać jego powieści do rana.
Co to oznacza? King lata świetności ma już za sobą. To doskonały pisarz. Klasyk i światowa sława. Jednak każdy traci kiedyś formę i świeżość. Po przeciętnym „Przebudzeniu” i żałosnym „Bazarze złych snów”, mam wrażenie, że pisarz stracił swój dawny animusz. A ta książka jest tego potwierdzeniem. Ale cóż zdarza się. To normalne w dziejach świata i dziejach człowieka. Każdy z nas starzeje się, zmienia, gubi „to coś”. Najważniejsze jest, aby wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. A na Kinga nadeszła już chyba pora.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Stephen King, „Koniec warty”, wyd. Albatros, Warszawa, 2016 r.
Komentarze