Natalię Sońską poznałam niedawno dzięki powieści pt. „Obudź się Kopciuszku”. Książka urzekła mnie i oderwała na kilka godzin od codziennych problemów. Ciepła, przyjemna w odbiorze, przedstawiająca historię zwykłej dziewczyny. Dziewczyny, takiej jak ja – pełnej kompleksów, żyjącej w świecie swoich marzeń o wielkiej miłości.
Powieść „Kropla zazdrości, morze miłości” jest bodajże trzecią częścią cyklu, który można by nazwać „Serią z miłością w tytule”. W sumie nic dziwnego, bo miłość unosi się z każdej strony. Jaka ona jest? Na pewno niełatwa i pełna wyrzeczeń. Szukająca ujścia w szczelnie zbudowanym pancerzu bolesnych doświadczeń bohaterek. Ale przede wszystkim… irytująca i męcząca (przynajmniej dla mnie). Jednak o tym za chwilę.
Bohaterki powieści – Kinga i Hania są zagubione w swoich życiach. Pierwsza z nich przeżywa głęboką depresję spowodowaną śmiercią ukochanego i nie potrafi pozbierać się po jego stracie. Z kolei jej przyjaciółka wkracza na ścieżkę życiowych turbulencji, które stawiają jej związek pod znakiem zapytania. Drobne kłótnie i nieporozumienia zamieniają się w lawinę wzajemnych oskarżeń. Kobiety jednak postanawiają nie poddawać się. Z mozołem i trudem starają się odbudować swoje relacje z bliskimi ludźmi i wrócić na właściwą ścieżkę.
Mogłabym napisać o powieści w samych superlatywach i nie miałabym większych wyrzutów sumienia, że sprzeniewierzam się sobie samej. Bo książka rzeczywiście jest napisana barwnym językiem, który nasyca narrację pełną gamą emocji. Zawiera wiele życiowych rad i przemyśleń wynikających z trudnych doświadczeń. Pokazuje siłę przyjaźni. Ale… powieść po prostu nie jest dla mnie.
Po jej przeczytaniu czuję ogromny niedosyt, a miejscami nawet niesmak. Wynika to być może z mojego charakteru, który kompletnie nie pasuje do tego, którym zostały obdarzone Kinga i Hania. Jestem kobietą dość silną i upartą. Nawet decyzje, które kosztują mnie wiele emocji, podejmuję za jednym strzałem. Wóz albo przewóz i koniec. Nie mam w zwyczaju szlajać się gdzieś pod kołami tego wozu, nie wiedząc czy z niego zejść, czy na nim pozostać. Żyję też w związku i wiem, że jest on niezwykle „emocjochłonną” instytucją, ale zwariowałabym, gdybym nieustannie rozkładała każdy jego moment na czynniki pierwsze, a następnie znów zlepiała w całość. Bohaterki zaś ciągle kontemplują swoje nieszczęścia; wyliczają co zrobiły dobrze, a co źle, pocieszając się przy tym cytatami a’la Coelho. Zamiast zrobić coś; pokazać, że mają jaja, na własne życzenie przedłużają swoje cierpienie. Po co tak sobie samemu szkodzić? No i ta nieszczęsna miłość – cukierkowa w lukrowanej polewie. Tak słodka, że aż mdli, a zarazem tak nietrwała, że po kilku kłótniach stawia w obliczu szaleństwa. Utrwalająca błędny stereotyp odnalezionych i idealnie dopasowanych połówek tego samego jabłka.
Książka nie porwała mnie. I nie jest to wina autorki, ale tego, że po prostu preferuję wyraziste, zdecydowane bohaterki. Chcę od literatury czegoś innego. Pragnę być porywana i uwodzona przez akcję, absolutnie oszołomiona i spocona z emocji. Tu zostałam zaledwie… muśnięta. Po lekturze czuję się jak Pudzian, któremu po ciężkim treningu zamiast porządnej porcji mięsa, zaserwowano kilka listków sałaty.
Mimo wszystko, powieść warta jest przeczytania. Nie każdy ma wszakże tak dziwny gust jak ja. Nieprawdaż?
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Natalia Sońska, „Kropla zazdrości, morze miłości”, wyd. Czwarta Strona, Poznań, 2017 r.
Komentarze