Krwawa jatka na papierze

Recenzja książki „Seryjny”.
„Seryjny” to specyficzna pozycja, przeznaczona raczej dla miłośników filmów gore i kryminałów, niż typowych horrorów.

Zanim sięgniecie po egzemplarz „Seryjnego”, powinnyście poznać parę cennych informacji. Po pierwsze – nie jest to pozycja dla miłośników typowego horroru, po drugie – sylwetka seryjnego zabójcy została zaprezentowana w niekonwencjonalny sposób i po trzecie – funkcję grozy przejęło poczucie odrazy i zniesmaczenia. Zacznijmy jednak od początku.

Czasem bywa tak, że książkę kupuje się ze względu na okładkę. Jeśli braknie czasu na czytanie opisów czy recenzji, dajemy się prowadzić zmysłom. Tu niewątpliwie „Seryjny” dostaje plusa, gdyż z wyglądu jest bardzo atrakcyjny. Po przeczytaniu książki okazuje się jednak, że obrazek ma niewiele wspólnego z treścią, a nabywcy zostali wpuszczeni w maliny. Poważną niedogodnością okazuje się także forma (wielkość i grubość), w jakiej powieść została wydana. Książka ciągle się zamyka i trzeba rozpychać ją od środka palcami, by móc przeczytać najgłębiej osadzone słowa. Z biegiem czasu da się przyzwyczaić, ale początkowe wrażenia nie są zbyt miłe. Jeśli chodzi o treść, mam ochotę użyć potocznego stwierdzenia „da się przeżyć” – z braku laku można przeczytać, ale żeby specjalnie iść po nią do księgarni? Tu byłabym raczej sceptyczna.

Jako pasjonatka thrillerów i horrorów, oczekiwałam czegoś więcej. Przyzwyczajona do postaci seryjnego mordercy, który jest opanowany, niezwykle inteligentny, skrupulatny, pedantyczny itp. itd. (wystarczy spojrzeć na głównego bohatera „Rzeźbiarza”), liczyłam na coś podobnego. Zawiodłam się. Miałam wrażenie, że w połowie książki autor porzucił swój pierwotny zamysł i przemienił horror w krwawy kryminał. Nawet w momentach, w których rzeczywiście dało się wyczuć złowrogi klimat, nie był to typowy horror, ale raczej papierowa forma filmu gore, gdzie jakość liczy się ilością rozlanej krwi i latających flaków. Być może John Lutz błędnie założył, że krwawa jatka dostarczy czytelnikom wyczekiwanej porcji strachu. Zapomniał, że subtelne budowanie klimatu i niedopowiedzenia działają na zmysły o wiele bardziej, niż oskalpowane ciała zalewające krwią cały pokój.

Czytaniu „Seryjnego” nie towarzyszy lęk czy niepewność, ale zniesmaczenie i obrzydzenie. Zamiast podziwu względem genialnego, ale przerażającego seryjnego zabójcy, czujemy wstręt na myśl o majtkach wepchniętych w usta, oskalpowanej skórze i brudnych, zachlapanych krwią ręcznikach, w które wycierał się morderca. Gdzie jego opanowanie? Gdzie dbałość o szczegóły i higienę „miejsca pracy”? Gdzie celebrowanie sytuacji? Z każdym kolejnym odkrytym ciałem coraz bardziej poddawałam się myśli, że Rzeźnik nie wiedział, co robi. Z drugiej strony policja regularnie powtarzała, że widać jego oddanie i fascynację katowaniem kobiet. Gdyby tak było, nie musieliby o tym mówić. Niestety, John Lutz nie zbudował opisów, po których czytelnik sam doszedłby do wniosku „hmm, rzeczywiście ten morderca rozkoszował się swoimi zbrodniami!”. Wielka szkoda.

Z pewnością znajdą się tacy, którzy lubią rozlew krwi, nie potrzebują „śledzenia” życia codziennego mordercy oraz oczekują zaskakującego, typowego dla powieści kryminalnych zakończenia. Tym wszystkim polecę „Seryjnego”. Reszcie, która woli standardowe horrory ze stopniowo narastającym napięciem i zbrodniarzem-potworem o mocnym, nie przyjmującym sprzeciwów charakterze, radzę poczekać na inną pozycję.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

John Lutz, „Seryjny”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat