„Lis z martwego lasu” – recenzja

Recenzja książki „Lis z martwego lasu”.
To powieść z pogranicza: światła i mroku, mitu i pamięci, człowieka i zwierzęcia, życia i rozkładu, przeszłości i czegoś nienazwanego, co mieszka w każdym z nas.

Są książki, które czyta się jak wędrówkę przez mgłę, gdzie każdy krok odsłania coś nieoczywistego i drży się lekko na myśl, że za następnym pniem czai się nie słowo, lecz tajemnica. I są książki, które nie pozwalają przejść obok nich jak obok martwego drzewa; trzeba dotknąć kory, wsłuchać się w ciszę między rozdziałami, przystanąć, zamknąć oczy — i wtedy dopiero wszystko zaczyna mówić. „Lis z martwego lasu” Aubery Hartman należy właśnie do tych ksiąg.

Tytułowy lis jest sercem powieści. Ani zwierzęciem, ani symbolem — albo raczej: jednym i drugim jednocześnie. Hartman osadza go w roli przewodnika między światami, niczym w dawnych mitach, gdzie lis był posłańcem bogów, opiekunem tajemnic. Tu jednak ten motyw zostaje przefiltrowany przez współczesną wrażliwość: lis wcale nie jest istotą boską. Jest poraniony, samotny, wygłodniały. Jest dowodem na to, co ludzie zrobili światu.

Wolność lisa jest tu kluczowa. W świecie, w którym ludzie tkwią w pułapkach własnych traum, ambicji, pragnień i lęków, tylko lis zachowuje coś, co można nazwać czystą wolnością — choć jest ona okupiona cierpieniem. Zwierzę nie pyta, dlaczego świat płonie. Nie pyta, kto jest winny. Ono przeżywa. W tym sensie lis jest lustrem: odbija w sobie wszystko, czego bohaterowie nie potrafią wypowiedzieć.

Czytelnik szybko czuje, że lis staje się figurą sumienia — nie w moralizatorskim sensie, lecz intuicyjnym. Gdy błądzi między trupami drzew, widzimy, jak świat wygląda oczami kogoś, kto nie ma władzy, ale ponosi konsekwencje człowieczych decyzji. Właśnie ta perspektywa sprawia, że „Lis z martwego lasu” tak mocno uderza. W istocie lis jest też czymś jeszcze: manifestacją tego, co tli się w każdym z nas, gdy stoimy w obliczu zagłady — odruchu, który mówi: uciekaj, póki jest dokąd. Albo: wracaj, póki coś jeszcze zostało do ocalenia.

Jeśli jednak „Lis z martwego lasu” zapada w pamięć najbardziej czymś konkretnym, to językiem. Proza Hartman jest tak nasycona obrazami, metaforami i oddechami lasu, że chwilami przypomina lirykę. To nie jest „ładne pisanie”, to pisanie organiczne. Surowe. Oddechowe. Gdy czyta się opisy krajobrazów, czuje się każdy podmuch wiatru. Kiedy autorka pisze o deszczu, chce się wyjść z domu i stanąć w ulewie.

Choć mogłoby się wydawać, że „Lis z martwego lasu” to przede wszystkim książka o duchowości, to ma ona w sobie mnóstwo humoru, scen zapadających w pamięć. Nasycona emocjonalizmem. Tytułowy lis – Bazyl, choć nieumarły, jest bardzo pozytywną postacią. Ma miękkie serce i cudowny charakter; jest pracowity i mądry, jednak myśli o sobie źle. Ta mieszanka cech sprawia, że jawi się jako bohater do przytulania.

„Lis z martwego lasu” to naprawdę piękna powieść. Choć została wydana dla dzieci „9+”, to jestem przekonana, że każdy czytelnik – nawet dorosły – znajdzie tu emocjonalność, przygodę, zdania warte przemyśleń. Emocjonalność „Lisa z martwego lasu” opiera się nie na spektakularnych wydarzeniach, lecz na powolnym, intensywnym nasycaniu atmosfery. Hartman pozwala, by uczucia spływały po czytelniku jak deszcz: czasem chłodny, czasem lodowaty, czasem oczyszczający.

Uważam, że „Lis z martwego lasu” to jedna z piękniejszych powieści dla dzieci i dorosłych, która zostawia drobny ślad w człowieku — jak ślad łapy na śniegu, który znika, ale pamięć jego kształtu pozostaje.

Hartman stworzyła książkę, która jest jak lis: piękna w ruchu, dzika w sercu, a przede wszystkim pełna światła. 

Anna Stasiuk

Aubrey Hartman, „Lis z martwego lasu”, Kropka, Warszawa, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat