Jeżeli, podobnie jak ja, myślicie, że dzięki książce przeniesiecie się do ogarniętej II wojną światową Warszawy, to zapewne się rozczarujecie. Wszakże nazwy, podobnie jak okładki, bywają mylące!
Wątek Powstania Warszawskiego przewija się w książce, ale cała akcja toczy się na przestrzeni kilkudziesięciu lat od zakończenia wojny aż po czasy współczesne. Poczułam się trochę oszukana i miałam wrażenie, że tytuł stał się elementem gry autorki; czymś, co raczej przyciągnie czytelnika aniżeli odda treść utworu. Niemniej powieści nie można odmówić ani dynamizmu, ani rozmachu, z jakim została napisana. Czytało się ją lekko i szybko. Miejscami wydawała się odrobinę sztuczna i naciągana (nie jestem pewna czy w latach 90-tych XX w. kebab był aż tak popularny), jednak całość wydaje się być całkiem przekonująca.
Cała akcja skupiona jest wokół dwóch kobiet – matki i córki, czyli Julii i Marianny. Kobiety wywodzą się z rodziny, która na wskutek wojny i późniejszych wydarzeń bardzo ucierpiała, aż wreszcie rozpadła. Najpierw, z ręki szaleńca, zginęli szanowani państwo Bańkowscy – rodzice Julii, a po siostrze walczącej w imię ojczyzny zaginął jakikolwiek ślad. Samotną Julką zajęła się ciocia, w której domu znalazła miłość, spokój i zrozumienie. Mimo to Julka nigdy nie przestała wierzyć, że jej siostra Hania żyje i jej poszukiwaniom podporządkowała całe swoje życie. Jednak za swoje uparte dążenie do odkrycia prawdy kobiety musiały zapłacić naprawdę wysoką cenę. Niekończące się wizyty funkcjonariuszy z SB, głuche telefony, śmierć najbliższych… Co jeszcze może spotkać dwie bezbronne kobiety? Czy istnieje jakiś limit nieszczęść przypadających na jednego człowieka?
„List z powstania” to powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym i XX – wieczną historią Polski w tle. Podobno. Miejscami jednak zastanawiałam się, czy nie zaliczyć jej do powieści psychologicznych, gdyż cała opowieść wydawała mi się historią obsesji przechodzącej z matki na córkę. Bohaterki, podobnie jak postacie z mickiewiczowskich dramatów, mają tą paskudną polską cechę – nie potrafią odciąć się od przeszłości. Żyją tym, co dawno minęło, naznaczając tym samym swoją egzystencję smutkiem, bólem i poczuciem niespełnienia. Czasami miałam wrażenie, że Julia wręcz dąży do autodestrukcji; że zachowuje się jak narkoman opętany głodem; że goni za umarłymi zaniedbując żywych. Być może z tego powodu żal było mi Marianny, która musiała zapłacić za błędy swojej mamy…
„List z powstania” może nie jest literaturą z górnej półki – wiele w niej niespójności; zakończenie też wydaje się być naciągane – ale nie można odmówić autorce pomysłowości i lekkości we władaniu piórem. Powieść zapełniła mój czas na dwa popołudnia i myślę, że na pewno sprawdzi się w roli umilacza wrześniowych wieczorów.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Anna Klejzerowicz, „List z powstania”, Replika, Zakrzewo, 2018 r.
Komentarze