Pierwsze kartki wciągają. Aby oddać książce sprawiedliwość, należy zacząć od dobrze rokującego wstępu. Dostajemy w nim kilka tajemniczych informacji, które mówią wiele, a jednocześnie nic. „Zwyczajne miasteczko”, „zwyczajne życie”, „normalny wiek” – to bardzo enigmatyczne określenia, które odwołują się do subiektywnego postrzegania świata. Możemy zatem podstawić za nie cokolwiek uważamy za słuszne, a dane wciąż będą się zgadzać. Niestety – po tym sprytnym, przykuwającym uwagę wstępie, fabuła zaczyna wykazywać tendencję spadkową. Kiedy już ma się coś wydarzyć, wkracza „niewiadome”, które aż do ostatniej kartki nie zostaje wyjaśnione. I to bynajmniej nie dlatego, byśmy wyciągnęli własne wnioski, ale dlatego, że autor sam nie wiedział, czego od książki oczekuje. Gdyby zapytać go, w jakim gatunku pierwotnie miała zostać napisana, z pewnością chwilę by się zastanawiał. Jednak bez względu na odpowiedź, końcowe dzieło wyszło mu w gatunku… żadnym. Znajdujemy tam bowiem elementy bajki, erotyku, romansu, powieści katastroficznej, psychologicznej, thrillera a nawet science fiction. Krótko mówiąc: pomieszanie z poplątaniem. Być może jest to jakieś rozwiązanie dla czytelnika, który nie do końca wie, na co ma w danej chwili ochotę. Serwuje mu się wszystko naraz, przy czym każdy wątek jest powierzchowny i po łebkach.
Treść książki „Wszyscy jesteśmy sterowani” uderza sporą ilością irracjonalnych, nierzeczywistych (w złym tego słowa sensie) i naciąganych motywów. Przedstawiona nam zostaje, między innymi, katastrofa pociągu, w której giną ludzie. Przyglądające się temu (a nawet odpowiedzialne za to) dzieci przez chwilkę są w szoku, ale zaraz potem idą do domu i rozmawiają sobie, jakby nigdy nic. Dalej bohater leży w śniegu przez kilka godzin, jest cały przemoknięty i przemarznięty, ale kiedy wchodzi do domu, mama nic nie zauważa, a on nagle przestaje myśleć o gorącej kąpieli, tylko idzie porozmawiać z przyjaciółką przez telefon. Ciężko również przymknąć oko na kwestię wieku. Dochodzimy do sytuacji, w której zaczyna nam przeszkadzać, że nie został określony na początku. Bohaterowie są w wieku „żadnym” – z jednej strony korzystają ze skarbonek, są ściśle kontrolowani przez rodziców, a mama zabrania im posiadania komórki, z drugiej uprawiają seks w szkolnych szatniach, mieszkają sami w motelach i mogą włóczyć się późnymi wieczorami po dworze. Istnieją takie książki i filmy, gdzie znajomość lub umiejętność określenia wieku nie są nam potrzebne, by się dobrze bawić. Czy ktokolwiek potrafi oszacować, ile lat ma Osioł ze Shreka? A jednak fabuła wciąga i lekko prowadzi ku kolejnym częściom. Natomiast książka „Wszyscy jesteśmy sterowani” męczy brakiem informacji i nieprawdziwością. Wszelkie próby przerobienia jej w romans, dramat, erotyk czy – co jest zdecydowanie najgorsze – science fiction, są daremne i po prostu kiczowate. Słownictwo szokuje (nadal w złym sensie) niejednorodnością lub raczej niezdecydowaniem: raz jest dziecięce, raz wręcz encyklopedyczne. Nazwiska postaci aż krzyczą o pomstę do nieba, a relacji międzyludzkich lepiej nie komentować. Szkoda tracić czas na wypisywanie wszystkich absurdalnych motywów i sytuacji, jakie da się odnaleźć na stronach wątpliwie przyjemnej lektury. Wystarczy napisać, że jest naprawdę bardzo, bardzo wiele.
Można by się pokusić o próbę usprawiedliwienia autora – Pawła Olearczyka. Na okładce dostajemy bowiem informację, że urodził się on w 1988 roku. Jest zatem młody, do tego „świeży” na rynku literackim, a poza tym książkę „Wszyscy jesteśmy sterowani” napisał jeszcze będąc w gimnazjum (być może jest to wskazówka, co do wieku bohaterów, choć nawet wtedy fabuła byłaby bardzo mocno naciągana, przez co nadal nieprzyjemnie nierzeczywista). Nie warto jednak szukać wymówek i gładzić nowicjusza po głowie. To dobrze, że w Polsce są ludzie, którzy marzą o pisaniu i te marzenia realizują. Nie wolno im jednak zapominać, że za słowo (tym bardziej pisane) jest się w pełni odpowiedzialnym. Jeśli nie ma się pełnego przekonania o wartości książki czy spójności fabuły, może lepiej schować ją na dnie szuflady i napisać kolejną. Tak poradziłby nowemu pisarzowi każdy starszy kolega po fachu. A powracając do wątku „Wszyscy jesteśmy sterowani”, nie trzeba od razu dyskredytować autora. Tę książkę schowajmy głęboko w piwnicy, zapomnijmy o niej, potraktujmy jako nieudany eksperyment. Tymczasem bacznie przyglądajmy się pracy młodego autora, śledźmy kolejne publikacje i czytajmy opinie oraz recenzje. Kto wie, być może pewnego dnia zaskoczy nas bestsellerem na światową skalę? Nie zaszkodzi trzymać kciuków.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Paweł Olearczyk, „Wszyscy jesteśmy sterowani”, Novae res 2012
Komentarze