Ze wstydem muszę przyznać, że z twórczością Wilbura Smitha zetknęłam się po raz pierwszy. Do przeczytania książki zachęcił mnie i tytuł, i okładka. W ogóle byłam święcie przekonana, że Wilbur Smith to jakiś doskonale zapowiadający się debiutant, który napisał zapierającą dech w piersiach opowieść o historii miłosnej z czasów II wojny światowej. Moje zdziwienie naprawdę było ogromne, gdy dowiedziałam się, że Smith jest już w sumie w wieku mojego dziadka, debiut ma dawno za sobą (ponad pięćdziesiąt lat temu…), napisał mnóstwo powieści, a „Łzy wojny” okazały się być 15 tomem sagi o Courtney’ach… Tak, straszliwie było mi wstyd z powodu mojej niewiedzy oraz ignorancji. „Pani polonistka aktywnie czyta i recenzuje książki, a nie wie, kim jest Wilbur Smith…” Dobrze, że to nie miało miejsca w szkole, bo pewnie sama bym siebie odesłała do oślej ławki.
„Łzy wojny” to przepiękna powieść, która sprawia, że głos więźnie w gardle, a łzy same napływają do oczu. Wojna, śmierć i miłość tworzą niesamowitą mieszankę uczuciową, która jest w stanie zwalić z nóg największego twardziela.
Saffron Courtney poznajemy, gdy ma kilkanaście lat. Dziewczynka mieszka z rodzicami w Kenii, gdzie ojciec - przemysłowiec - dogląda rodzinnej fortuny. Jest „dzielna jak lwica, śliczna jak różowy flaming i twarda jak stary nosorożec” i ma naprawdę nietuzinkowy charakter. Rodzinna tragedia zmusza ją do wyjazdu do szkoły z Internatem, a jej upór, determinacja i chęć dalszego kształcenia się pozwalają dostać się na uczelnię w Oxfordzie. Saffron wyjeżdża tam w przeddzień wojny.
Drugi bohater to Gerhard von Meerbach. Poznajemy go najpierw jako trzylatka, który dowiaduje się o śmierci ojca, a następnie jako młodego i nieziemsko przystojnego potomka niemieckich właścicieli fortuny przemysłowej. Mężczyzna jest przeciwnikiem Hitlera i nazizmu, jednak ze względu na brata musi podporządkować się nowym zasadom.
Safforn i Gerhard poznają się w czasie wojny. Mogłoby się wydawać, że to najgorszy możliwy czas, ale jak się okazuje – dla miłości nie ma lepszych czy gorszych czasów. Po prostu pojawia się i już! Do życia książkowych bohaterów wkradła się, siejąc strach i obawy, ale także wlewając w ich serca tak bardzo potrzebne do życia szczęście. Po prostu. Miłość Saffron i Gerharda, chociaż nigdy nie powinna się zdarzyć, udowadnia, że serce bardzo rzadko chce słuchać rozumu, a tajemnice z przeszłości… cóż, prędzej czy później wyjdą na jaw.
„Łzy wojny” to powieść niezwykle pojemna; to powieść o utraconych relacjach; o rodzinnych tajemnicach; o miłości do drugiego człowieka, a także o tym, jak cienka jest granica między dobrem a złem oraz między odwagą a głupotą. Książka zachwyciła mnie pięknem opisów, swoją wieloaspektowością, szeroką perspektywą przyjętą przez autora. Mamy tu bowiem elementy powieści i historycznej, i przygodowej, i obyczajowej, i romansu. Warto dodać, że wątek miłosny nie jest w powieści najważniejszy, więc jeśli ktoś spodziewał się romantycznej historii rozpisanej na pięciuset stronach, lepiej niech biegnie do kiosku po harlequina.
Autor niczym wytrawny cukiernik wyważył wszystkie składniki w taki sposób, aby powstał doskonały, literacki tort – kilkuwarstwowy, niezbyt słodki i niezbyt gorzki, obficie polany historyczną polewą. Gwarantuję, że gdy spróbujesz jednego kawałeczka, będziesz mieć ochotę na kolejny i tak dopóty, dopóki nie zjesz go w całości.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Wilbur Smith, „Łzy wojny”, Albatros, Warszawa, 2020
Komentarze