„Miasto w ogniu” – recenzja

Recenzja książki „Miasto w ogniu”.
Próba stworzenia wielkiej amerykańskiej powieści w stylu Steinbecka czy Dona DeLillo.

Mam wrażenie, że ostatnio wśród czytelników i bywalców przeróżnych literackich forów i grup dyskusyjnych zapanowała pewna moda – każdy musi pochwalić się, że przeczytał jakieś opasłe tomiszcze. Wraca do łask „Lalka” i „Chłopi”. Pojawiają się tytuły takie jak: „Bastion”, „Mag” czy „Przeminęło z wiatrem”.

„Miasto w ogniu” to ponad tysiąc stron literatury, za które autor otrzymał kolosalną, bo aż dwumilionową zaliczkę. Powieść została okrzyknięta bestsellerem na długo przed pojawieniem się na sklepowych półkach. Jak się okazało, wydawca doskonale wiedział, za co płaci. Powieść idealnie wpisuje się w amerykańskie kanony i marzenia o wielkości – prezentuje bowiem przekrój nowojorskiego środowiska na tle ważnych historycznych wydarzeń. Odwołuje się do uniwersalnych wartości, drąży znane wszystkim problemy i opisuje bolączki, z którymi ludzkość boryka się od zarania dziejów.

Akcja utworu rozgrywa się w Nowym Jorku w latach 1967 – 77, jednak niektóre retrospekcje (stanowiące bardzo dużą część książki) bohaterów przenoszą czytelnika do lat 60-tych XX w. Sama powieść zawiera osiem części poprzedzielanych interludiami, które nadają jej dość nietypowego charakteru.

Po krótkim wstępie – peanie na cześć Nowego Jorku, poznajemy homoseksualną parę (znów!) mieszkającą na Manhattanie - Mercera i Williama Hamiltona – Sweeneya III, który jest liderem punkowej grupy. Ponieważ Hallberg bardzo powoli dawkuje informacje, dużo później dowiadujemy się, że William pochodzi z bajecznie bogatej rodziny, z którą nie utrzymuje żadnych kontaktów. W książkę wplecione są też losy jego siostry Regan i zdradzającego ją męża – Keitha. Równolegle do rodziny Sweeneyów poznajemy parę nastolatków – Sam i Charliego, którzy stawiają pierwsze kroki w nowojorskich podziemiach.

Losy wszystkich bohaterów splatają się w sylwestra, kiedy to młodziutka Sam zostaje postrzelona. Śledztwo rozpoczyna podstarzały, aczkolwiek sprytny detektyw Larry Pulaski. Poszukiwanie prawdy okazuje się być niezmiernie trudne, a mroczne sekrety wychodzą na światło dzienne…

Powieść z pewnością jest pozycją bardzo zajmującą, z inteligentnie prowadzoną narracją, wartką akcją i zróżnicowanymi dialogami. Uważam, że tłumacz książki – Jędrzej Polak – zasługuje na owacje na stojąco. Dostosowanie języka powieści do środowisk, w których obracają się bohaterowie, musiało być niezwykle trudne. A on temu sprostał, a nawet więcej – zrobił to z ogromną klasą. Jednak – mimo panującego wokół powieści szumu – nie mogę nazwać się jej fanką.

Czytanie „Miasta w ogniu” stało się dla mnie swego rodzaju środkiem usypiającym. Kiedy na zegarze wybijała północ, a ja nie mogłam zasnąć, brałam książkę do ręki i za dwie – trzy strony spałam jak niemowlątko. Poza tym fabuła, w które wplecione zostały przemyślenia narratora, była zbyt rozwleczona. Miałam wrażenie, że niektóre słowa wręcz wylewają się z powieści niczym sadło otyłej murzynki z obcisłego bikini. Niektórych przemyśleń zalatujących płycizną, autor mógł swoim czytelnikom oszczędzić. Czarę goryczy przelał koniec – przesłodzony, naciągany, a momentami nawet żenujący. Dlatego też uważam, że w przypadku tej powieści przymiotnika „wielka” należy używać tylko mówiąc o jej objętości.

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Garth Risk Hallberg, „Miasto w ogniu”, Kraków, 2017 r., wyd. Znak.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat