Historia, która zostaje zamknięta w spektaklu to niezwykła, mistyczno-kryminalna intryga Petera Colleya, w której mąż archeolog Greg, jego cierpiąca po załamaniu psychicznym żona Amy, przybywająca do nich siostra Laura oraz gospodarujący domem farmer George stają się figurami w układance pełnej tajemnic, skrzypnięć i dziwnych dźwięków.
Grzegorz Daukszewicz jako Greg prezentuje postać balansującą na cienkiej granicy między troską a podejrzeniem. Jego bohater przypomina trochę naukowca z horroru psychologicznego. Daukszewicz oddaje wahania, niepewność, niekiedy gniew. Czasami jego miękki ton przeradza się nagle w ostrzejszy szept, a to daje postaci autentyczny puls. W momentach, gdy Laura wkracza w relację Greg-Amy, Daukszewicz potrafi zmienić wachlarz emocji: z łagodności w napięcie. Działa to jak miękkie szarpnięcie za krój scenicznej tkaniny.
Anna Karczmarczyk jako Amy jest sercem spektaklu. W jej interpretacji wkrada się autentyczny lęk, skruszona nadzieja i momenty niemalże histerii. W jednej chwili wydaje się odważną, pewną siebie kobietą, w następnej skuloną w sobie dziewczyną. Jej Amy to portret człowieka rozdartego. Przywołała mi na myśl bohaterkę „Wstrętu” Romana Polańskiego. Karczmarczyk znakomicie obrazuje pewnego rodzaju rozlatujący się emocjonalnie domek z kart. W scenach, gdy Amy słyszy coś w murach, drżą jej ręce, miękną kolana, a widz niemal czuje, że sam stoi na krawędzi rozdartego warkocza rzeczywistości.
Ilona Chojnowska jako Laura to bez wątpienia figura z tajemnicą w oczach. Przypomniała mi trochę femme fatale z klasycznych dreszczowców, np. bohaterkę filmu „Rebecca” Alfreda Hitchcocka. Choć Laura w tej opowieści nie jest jednoznaczna, Chojnowska potrafi subtelnie manipulować napięciem. W scenach konfrontacji z Amy lub Gregiem, gdy mówi zdawkowo, a potem milknie, czuło się napięcie jak cichy jęk drewna uginającego się pod ciężarem tajemnicy.
Grzegorz Wons jako George Willowby to prawdziwy motor napędowy czarnego humoru. Wyjęty jakby żywcem z adaptacji książek Agathy Christie. Jego George wprowadza element groteski, który łagodzi momenty grozy, ale też — paradoksalnie - potęguje ich atmosferę. Wons potrafi wejść w teatralne przerysowanie, a w następnym oddechu w autentyczną grozę, gdy mówi o duchach i dawnych morderstwach. W tej roli czułam echo postaci z filmów klasy B. Człowieka, który sam nie wie, czy żartuje, czy rozdrapuje rany?
Wojciech Stefaniak i zespół scenograficzny „Wrócę przed północą” stworzyli przestrzeń, która działa jak piąty aktor. Scena stała się starym domem, w którym pulsują cienie, pojawiają się plamy krwi, trzaskają okna. Nawet ściany zdają się szeptać tajemnice, a drzwi skrzypią. Dekoracje pełne są symbolicznych detali: starodawne zegary, pajęczyny, przekręcone ramy obrazów. To świat, w którym dom staje się żywą pułapką.
Efekty specjalne: pirotechnika, stroboskopy, efekty hukowe wystrzeliwują jak traumatyczne wspomnienia w snach. Teatr ostrzega, że używa stroboskopów o dużej częstotliwości i efektów dźwiękowych, a osoby wrażliwe na tego typu zjawiska proszone są o ostrożność.
Te wszystkie momenty działają jak kontrapunkt: gdy cisza staje się napięciem, huk pęka jak bańka. W jednej chwili wydaje się, że widz siedzi w fotelu, w drugiej, że sam jest elementem sceny. Niczym w immersyjnym horrorze. To właśnie te momenty sprawiają, że teatralny spektakl nie brzmi ani jak adaptacja filmu, ani teatr telewizji, lecz jak hybryda obu.
„Wrócę przed północą” przypomina mi teatralne miksy utrzymane w duchu wspomnianych dzieł Agathy Christie czy filmów takich jak „Wstręt”, „Rebecca” czy „The Others” z Nicole Kidman. Cała konstrukcja ma być zarówno zagadką, jak i pułapką dla widza.
Gdy wyszłam z teatru po „Wrócę przed północą”, czułam się, jakbym opuściła jaskinię, w której widziałam własny cień tańczący na ścianach. Pozostałam z dreszczem, pytaniami i dużym oszołomieniem: co było prawdą, co iluzją, gdzie była granica? Moc spektaklu leży w umiejętnym połączeniu kontrastów: strachu i śmiechu, światła i mroku, iluzji i realności. To przedstawienie, które nie daje odpocząć. Nie daje zasnąć, powoduje wodospad myśli. Polecam.
Joanna Sieg-Ulanowicz
„Wrócę przed północą”, Teatr Kwadrat, Warszawa
Fot. Materiały prasowe