„Miejsce dla cieni” – recenzja

Recenzja książki „Miejsce dla cieni”.
Metaforyczna na siłę?

Lidia Branković silnie kojarzy mi się ze swoją poprzednią książką – „Hotelem dla uczuć” – która bardzo przypadła do gustu zarówno mi, jak i moim dzieciom. Książeczka w bardzo obrazowy sposób nazywała uczucia, które przyjeżdżały do hotelu. Jedne z nich były małe, inne większe; jedne potrzebowały zacisznego kącika, a inne wolały zatłoczoną restaurację. Bardzo podobało mi się ukazanie tego emocjonalnego zróżnicowania; udowodnienie, że w gruncie rzeczy nie ma uczuć niepotrzebnych ani zbędnych; że nawet te uważane za złe czy negatywne są w naszym życiu w jakimś określonym celu. „Uczuć nie można popędzać. To one decydują, kiedy przyjść i kiedy odejść”. W naszej domowej biblioteczce mamy wiele książek o uczuciach, ale to właśnie ta przemówiła do moich dzieci najbardziej. Zachęcona poprzednią książką z ogromnym entuzjazmem – i rzecz jasna – swoimi dziećmi wzięłam się za czytanie „Miejsca dla cieni”.

Jak wypadła ta książka? Ano nijak. Uważam, że jest ona po prostu nieczytelna dla dzieci, do których jest skierowana.

W książce przedstawiono historię małej Lili, która, jak każda dziewczynka, miała swój cień. Niestety, któregoś dnia jej cień zaczął wariować i jak pisze autorka – „Zaczęły się wygibasy i wywijasy, istne pomieszanie z poplątaniem”. Dziewczynka próbowała ignorować swój cień, później kazała mu przestać, aż wreszcie postanowiła uciec przed nim do swojego pokoju. Jednak cień nie dawał za wygraną. Stawał się coraz większy, aż wciągnął dziewczynkę i zabrał do ciemnej, dziwnej krainy, gdzie na środku stał cyrk, w którym występowały różne cienie. Właśnie tam dziewczynka zrozumiała, że cień jest tak naprawdę częścią jej samej i powinna to zaakceptować.

Koncepcja jest naprawdę ambitna. Cień jako metafora trudnych emocji, które częstokroć nami rządzą to naprawdę ciekawy pomysł. Dorosły człowiek od razu wychwyci, że nasze emocje pojawią się niezależnie od nas i będą tam, nawet jeżeli będziemy je ignorować lub przed nimi uciekać. Jedyną drogą do oswojenia emocji jest ich zaakceptowanie. Dla mnie jest to bardzo czytelny przekaz, ale dla moich dzieci (5, 6 - latek) już nie. Co więcej, dla dzieci w wieku szkoły podstawowej (chodzi o 4, 5 klasę) ta książka też nie jest jednoznaczna.

Moje dzieci słuchały jej z zainteresowaniem, ale stwierdziły, że jest to książka po prostu o cieniach. Był wręcz moment, że patrzyły w blasku lampy na ścianę i bały się, że ich cienie urosną i je zaatakują. Musiałam im tłumaczyć, że nic takiego się nie stanie i że te cienie w książce są uczuciami, które w sobie nosimy. Mimo to nadal ta pozycja pozostawiła w moich dzieciach więcej obaw aniżeli wskazówek.

„Miejsce dla cieni” to na pewno wartościowa pozycja. Otwiera pole do rozmów, wyjaśnień i tłumaczeń, jednak dla docelowej grupy wiekowej, jest w moim mniemaniu zbyt poważna. Uważam, że może stanowić ciekawe pole do dyskusji o metaforze, o emocjach i akceptacji bardziej w szkole podstawowej, kiedy dzieci nie rozumieją już wszystkiego dosłownie i nie wierzą, że cienie są w stanie je porwać.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Lidia Branković, „Miejsce dla cieni”, Kropka, Warszawa, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat