O Tomaszu Kieresie słyszałam kilkakrotnie; często w recenzjach czy na blogach książkowych nazywany jest polskim Nicholasem Sparksem, a jego powieści „chwytającymi za serce”, „prawdziwymi”, „emocjonalnymi”. Sparksa cenię za jego twórczość; nieraz wycierałam łzę, która zakręciła się gdzieś tam w kąciku po przeczytaniu jego powieści. I choć zdaję sobie sprawę, że historie wymyślane przez autora są odrobinę „bajeczne” to pozostaje mi frajda z czytania i marzenia o tym, że może mnie kiedyś spotka takie uczucie… To oczywiście takie gadanie, bo jestem szczęśliwą i zakochaną mężatką, ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że tak właśnie myślałam zanim spotkałam swojego męża. Wracając do tematu Tomasza Kieresa – bo za bardzo od niego odbiegłam – sama chciałam się przekonać o umiejętnościach pisarskich autora, więc sięgnęłam po jego najnowszą powieść pt. „Miłość to wszystko, co jest”.
Gdybym nie była zobligowana do napisania recenzji, nie zrobiłabym tego. Muszę ją jednak napisać i być w niej szczera, a może raczej – zgodna ze sobą i swoimi odczuciami. Być może inne powieści autora są świetne i zasługują na złoty medal w kategorii „Ckliwość & uczuciowość”, jednak ta kompletnie do mnie nie przemówiła. Nielogiczna, totalnie odrealniona, przegadana. Porażka.
Głównym bohaterem jest Łukasz – czterdziestokilkuletni dziennikarz – niby zamknięty w sobie i swoim świecie, niby odludek, a zaliczył już kobietę z którą miał dziecko; drugą, która została jego żoną i zasadza się na trzecią, która jest ponoć miłością jego życia. Jak na nieśmiałka i osobę stroniącą od kontaktów to całkiem bogato! Warto też dodać, że nasz bohater jest fantastycznym filozofem, zawsze ma na wszystko gotową ripostę i kocha koncerty. Druga bohaterka – Sonia – czyli w mojej recenzji „ta trzecia” spotyka Łukasza najpierw na koncercie, potem przypadkowo na kolejnym i potem znów przypadkowo w galerii… Zaraz, zaraz. Czy aby nie za dużo tych przypadków? To po pierwsze. Po drugie – bohaterowie od razu dochodzą do wniosku, że są bratnimi duszami i przyjaciółmi! Ja przyjaciół poznawałam w takim tempie jedynie po alkoholu na studenckich imprezach. Co prawda następnego dnia zapominałam o ich istnieniu, ale co tam! Sonia i Łukasz to co innego.
Po sześciu spotkaniach (jedno spotkanie na miesiąc) rozkwita między nimi tak głębokie uczucie, że są „jak idealnie dopasowane puzzle, które wreszcie odnalazły swoją brakującą część” (pominę absurdalność tego porównania, biorąc pod uwagę ile puzzli jest zazwyczaj w układankach, chyba że autor tworząc to myślał o puzzlach, które układa mój roczny synek). Oczywiście Łukasz ma żonę, Agatę. Nie jest ona w powieści przedstawiona jako czarny charakter – ma swoje wady i zalety. Ich małżeństwo rzeczywiście przechodzi kryzys, ale Agata naprawdę stara się naprawić kulejące relacje. Łukasz niby dostrzega starania żony, ale w rzeczywistości coraz bardziej angażuje się w znajomość z Sonią i nie widzi w tym nic złego ani zdrożnego, bo przecież są przyjaciółmi. Z czasem dostrzega, że czuje do Soni jednak coś więcej i kiedy ona przyjeżdża do niego wyznać mu miłość, on stwierdza, że również ją kocha i jest prawdziwą miłością, na którą czekał całe życie (poprzednie były na niby i na wynos). Kiedy na jaw wychodzi spotkanie Soni i Łukasza, na którym do niczego, oprócz wyznania sobie uczuć, nie doszło; ten w rozmowie z żoną bagatelizuje swoją zdradę (tak, emocjonalna to również zdrada), a ona w sumie nie czuje złości, bo nagle odkrywa, że przecież im się już dłuższy czas nie układało. Łukasz też nie odczuwa większych wyrzutów sumienia, choć cały czas zastanawia się, co on taki stary dziad może dać młodej dziewczynie (i słusznie). Sonia też jest rozdarta niczym serca z tytułu tureckiego serialu, ale wie, że chce być z Łukaszem, bo tylko on może dać jej szczęście. W ogóle ich ostanie spotkania są okraszone tak wielką ilością łzawych przemyśleń i quasi – filozoficznych monologów, że nawet dla mnie – a jestem dość cierpliwa – było ich zbyt wiele. Książka w ogóle sprawia wrażenie zbyt przegadanej, a opisy czy dialogi są miejscami napisane zbyt patetycznym językiem; czasem nieprzystającym do sytuacji. Próbowałam sobie wyobrazić, że ja tak rozmawiam ze swoim mężem i parsknęłam śmiechem.
Po skończeniu powieści zastanawiałam się nad kilkoma kwestiami. Czym miałam się wzruszyć? Komu niby miałam kibicować? Czyja niby jest ta tytułowa miłość? Gdzie są te trudne wybory, przed którymi stają bohaterowie?
Oprócz wszystkich zarzutów, które już w swojej recenzji wyszczególniłam, jest jeszcze jeden, moim zdaniem najważniejszy. Ta powieść jest po prostu szkodliwa. Jest takie przysłowie, które mówi, że nigdy nie zbuduje się szczęścia na cudzym nieszczęściu. I rzeczywiście tak jest, ale autor najwyraźniej o tym zapomniał. Nie ma nic gorszego od powieści propagującej zachowanie w stylu zachodnim: „nie wiedzie mi się w małżeństwie, coś tam robiłem, aby je uratować, ale nie wyszło, więc będę z kimś innym”. Przecież Sonia jest dla Łukasza miłością życia. A co z jego żoną? Kim ona dla niego była? Miłością na niby? Próbą przed Sonią? Co to w ogóle jest? Ja rozumiem, że w dzisiejszych czasach wierność jest nudna, a walka o związek ze starą żoną jest mniej atrakcyjna niż piękna i napalona dwudziestopięciolatka, no ale… propagowanie „pójścia na łatwiznę” w czasach, kiedy instytucja małżeństwa przechodzi kryzys, jest po prostu nie na miejscu. A może powieść jest nie dla mnie? Być może jedno i drugie.
„Miłość to wszystko, co jest” miała potencjał na to, aby być dobrą powieścią, ale wyszła łzawym i niedorzecznym romansidłem dla gimnazjalistek. Bardzo mnie rozczarowała. Mogę mieć tylko nadzieję, że pozostałe powieści autora są napisane w nieco innym tonie i poruszają inną tematykę.
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Tomasz Kieres, „Miłość to wszystko, co jest”, Filia, Poznań, 2020.
Komentarze