„Miłość w kasztanie zaklęta” – recenzja

Recenzja książki „Miłość w kasztanie zaklęta”.
„Wierzę, że miłość jest nieśmiertelna. Nie istnieją dla niej czas i granice. Ona trwa wbrew nam, wbrew zwątpieniu, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew wszystkiemu.”

Kilkanaście lat temu przeczytałam powieść Milana Kundery pt. „Nieznośna lekkość bytu”, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Dlaczego akurat ją przywołuję? Może zanim to wytłumaczę, przytoczę dość obszerny z niej cytat:
„Przed siedmiu laty w szpitalu w mieście Teresy zdarzył się przypadkiem skomplikowany wypadek choroby mózgu, w związku z którym wezwano na pilną konsultację ordynatora. Ale ordynator przypadkiem miał właśnie atak ischiasu, nie mógł się ruszać i w zastępstwie posłał do prowincjonalnego szpitala Tomasza. W mieście było pięć hoteli, ale Tomasz przypadkiem trafił właśnie do tego, w którym pracowała Teresa. Przypadkiem zostało mu trochę wolnego czasu do odjazdu pociągu i wszedł do restauracji. Teresa przypadkiem miała służbę i przypadkiem obsługiwała stolik Tomasza. Potrzebne było aż sześć przypadków, aby doprowadzić Tomasza do Teresy, jak gdyby jemu samemu nie chciało się do niej dojść.”

Przypadek? A może raczej przeznaczenie? Czy czasem nie dzieje się tak, że najważniejsze rzeczy w naszym życiu nie do końca były wypadkową naszych działań? Że ktoś nad nami czuwał? Że nas prowadził niewidzialną ręką? Historia Marty, głównej bohaterki „Miłości w kasztanie zaklętej”, pokazuje nam, że czasami to miłość wybiera nas, a nie my ją.

Piotr Domański rok temu został wdowcem. Od tamtego czasu błąka się samotnie po parku i zbiera kasztany. Z oddali obserwuje go Marta, która powoli zakochuje się w tajemniczym mężczyźnie, nie zdającym sobie sprawy z jej istnienia. Wypadek małej dziewczynki, Adelki, powoduje, że Marta z Piotrem poznają się, a następnie bardzo powoli i z wielką ostrożnością zaczynają rozwijać łączącą ich nić sympatii. Na jaw wychodzą demony przeszłości, ukrywane skrzętnie tajemnice, dawne zranienia. Okazuje się, że Piotr nie potrafi pogodzić się ze śmiercią ukochanej żony Marii oraz nie umie zaopiekować się ich synem, który przebywa u sióstr zakonnych w Rubinowie. Z kolei Marta, sierota, zawsze radząca sobie sama – z jednej strony pragnie pomóc Piotrowi w relacjach z synkiem, a z drugiej – sama nie potrafi określić swojego miejsca w tym układzie. W pewnym momencie droga, którą muszą przejść bohaterowie, przeistacza się w wyboistą i ubłoconą ścieżkę górską. Czy taką trasę da się w ogóle przejść? I czy to, co czeka na końcu, warte jest takiego trudu?

Wspaniała, niesamowita, zapadająca w pamięć to, w moim mniemaniu, taka książka, która podczas czytania funduje mi gigantyczną kroplówkę złożoną z uczuć i emocji. To taka książka, która sprawia, że dostaję wypieków na twarzy; że mam ochotę dorwać tych nieistniejących bohaterów w swoje łapy i przetrzepać im tyłki za złe sprawowanie. I taka właśnie jest „Miłość w kasztanie zaklęta”. To przepiękna, ponadczasowa opowieść o trudach miłości, wzajemnym zrozumieniu, pokonywaniu przeciwności losu. Z lektury płyną dwie zasadnicze nauki. Po pierwsze, książka pokazuje, że nic nie jest nam dane raz na zawsze, a w szczególności miłość, która wręcz wymaga codziennych i ogromnych nakładów pracy. Po drugie – na miłość nigdy nie jest za późno. Ona może nas odnaleźć nawet wtedy, kiedy ma się 36 lat (lub więcej) na karku.

Powieść Moniki Oleksy to idealna pozycja na Walentynki. I niech was nie zmyli ten tytułowy kasztan – kojarzący się z jesienią - który, wbrew pozorom, odgrywa rolę drugoplanową. Liczą się tylko uczucia. A tych tutaj nie zabraknie.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Monika A. Oleksa, „Miłość w kasztanie zaklęta”, Filia, Poznań, 2020.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat