„Miłość z Niebios” – recenzja

Recenzja książki „Miłość z Niebios”.
„Cieszenie się życiem jest decyzją, którą każdy z nas musi podjąć niezależnie od tego, jakie ono może być ciężkie.”

Ostatnie dni nie napawały optymizmem. Szaro, zimno i brudno. Budziłam się z przekleństwami na ustach, że znów pada, a ja w taką pogodę muszę wstać z ciepłego łóżka i iść do pracy. Wtedy brałam do rąk książkę Lorny Byrne i czytałam chociażby przez pięć minut. Optymizm i ciepło płynące z kolejnych rozdziałów, działały na mnie kojąco. Myślałam wtedy, że przecież nie jest tak źle. Pod mięciutką kołderkę wrócę wieczorem. Deszcz? Przecież są kraje, gdzie przez cały rok nie spada ani kropla, więc trzeba się cieszyć, że u nas go pod dostatkiem. Praca? Dobrze, że ją mam i co więcej – lubię. A wielu ludzi nie ma takiego szczęścia. Miałam wrażenie, że niebo się rozjaśnia, a przez okna wpada słońce. To był mój wewnętrzny blask. Inne spojrzenie na to, co mnie otacza.

Lorna Byrne jest znaną na całym świecie mistyczką, która od dzieciństwa widzi i słyszy anioły, a nawet komunikuje się z nimi. Kobieta nie zostawia swoich doświadczeń tylko dla siebie, ale stara się nimi dzielić z całym światem. W swojej książce „Miłość z Niebios” autorka opisuje przeżycia i emocje związane z jej nietypowymi zdolnościami. Opisuje różne rodzaje miłości towarzyszącej ludziom i stara się nakłonić nas do częstszego jej okazywania. Byrne stworzyła również siedmiodniowy kurs, który pozwoli inaczej spojrzeć nam na swoje dotychczasowe życie i tak je zmienić, abyśmy kolejny dzień przeżywali tak, jakby miał być on naszym ostatnim. Autorka uparcie twierdzi, że każdy z nas ma swojego anioła stróża, który towarzyszy nam w każdej chwili życia i jeżeli uwolnimy tkwiące w nas pokłady miłości, będziemy w stanie go usłyszeć.

Książka, mimo swojego pozytywnego przesłania, miejscami irytowała mnie. Autorka opisując poszczególne przypadki w kółko używała frazesów w stylu: „Miłość od niej promieniowała”, „Zalało ich morze miłości”, „I wtedy zobaczyłam falę miłości, która wylała się z niego”. Po przeczytaniu tego ostatniego zdania któryś raz z kolei miałam ochotę wziąć długopis i dopisać: „A następnie fala miłości zapaliła papierosa i poszła na piwo do baru”. Wrr.

Mimo wytrącającemu się miejscami lukrowi, uważam, że „Miłość z Niebios” jest jedną z pozycji, która przynosi ulgę i daję nadzieję. Pokazuje, że nie jesteśmy sami. Motywuje do dalszej pracy nad sobą i udowadnia, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Wystarczy uzbroić się w miłość i nie bać się jej okazywać nawet wtedy, kiedy wydaje się to bardzo trudne. Jest to potrzebne, szczególnie teraz, kiedy nasza cywilizacja przeżywa poważny kryzys. A miłość poparta uniwersalnymi wartościami pokoju i wolności, jest na niego najlepszą odpowiedzią.

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Lorna Byrne, „Miłość z Niebios”, wyd. Studio Astropsychologii, Białystok, 2016 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat