Brzydko zaczęłam. I to na dodatek parafrazą tytułu filmu, który uważam za beznadziejny. W przeciwieństwie do powieści, która od momentu przeczytania żyje gdzieś w środku mnie swoim własnym życiem.
Imbir, jak powszechnie wiadomo, jest przyprawą bez której wiele narodów świata nie wyobraża sobie życia. Ma gorzko-pikantny smak i jest doskonałym lekarstwem na bóle, obrzęki, mdłości. Dodaje się go niemal do wszystkiego – do herbaty, owoców morza, mięsnych dań, napojów alkoholowych. A czy można go, choć odrobinę, dodać do miłości?
Agnieszka Olejnik stworzyła prawdziwą opowieść o prawdziwych uczuciach, którymi darzą się prawdziwi ludzie. Nie ma w niej żadnych przekłamań, „słodzenia” i tych banalnych zapewnień, że wszystko będzie dobrze, że miłość wszystko pokona, załatwi za nas problemy. Nie! Nigdy tak nie będzie. Bo miłość to ten pieprzony czerwony dywan, który ktoś zabiera ci spod nóg, kiedy wydaje się, że szczęściu nic już nie grozi. Samo się nie poukłada, jeżeli sami o to nie zawalczymy i nie postaramy się kochać siebie takimi, jakimi jesteśmy.
Ewie wydaje się, że po nieudanym małżeństwie znalazła wreszcie upragnione i długo wyczekiwane szczęście w postaci Andrzeja. Pragnie budzić się i zasypiać w jego ramionach, czytać z nim książki pod kocem, jeść szarlotkę i scałowywać z jego powiek trudy minionego dnia. Jednak jej ukochany nie jest z nią do końca szczery i z dnia na dzień oddala się… aż do pamiętnego spotkania, po którym to wyśnione niebo spada kobiecie na głowie. Dodatkowo martwi ją zachowanie córki Klaudii, która zamyka się coraz bardziej i nie chce rozmawiać o swoich problemach.
Każdy z bohaterów książki ma swoją bolesną historię, głęboko skrywaną tajemnicę, jątrzącą się ranę, która nie chce się zagoić. Każdy z nich zmaga się ze swoimi wewnętrznymi demonami. Ale gdzieś bardzo głęboko pragnie akceptacji najbliższych osób i miłości. Takiej, która skrywa się w zwykłym „cześć”, we wspólnie zjedzonym posiłku, w muśnięciu dłoni.
„Miłość z nutą imbiru” to powieść, w której zakochałam się od pierwszej strony, ale miłością chyba zbyt namiętną i pożądliwą, gdyż przeczytałam ją w niecałą dobę. Książka pokazuje, że nic nie jest czarne, ani białe, a życie ma miliony różnych barw i dróg, którymi mogą podążyć ludzkie myśli i uczucia. To nie jest lekka lekturka dla miłośniczek harlequinów, ale opis typowo ludzkich rozterek wplecionych w codzienność, która czasem nieźle daje w kość.
Powieść nazwałam widokówką z tego świata, gdyż prezentuje całą gamę istotnych dla nas tematów takich jak: małżeński kryzys, zdrada, trudne relacje z rodzicami, odmienność seksualna. Z każdym bohaterem możemy się w jakiś sposób utożsamić i znaleźć w nim cząstkę siebie, gdyż… jesteśmy tylko ludźmi. I nieważne czy tylko na papierze, czy w rzeczywistości.
A propos… skoro już była mowa o „Widokówce z tego świata”, chciałabym parafrazując znanego poetę, zapytać się autorkę: „Jak pani czuje się z tym, że boli mnie pani bohater?”
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Agnieszka Olejnik, „Miłość z nutą imbiru”, wyd. Czwarta Strona, Poznań, 2016 r.
Komentarze