„Monogram” – recenzja

Recenzja książki „Monogram”.
Kiedy wzięłam do ręki kryminał nieznanej mi autorki, byłam bardzo sceptycznie nastawiona. „Jakaś kobieta ma pisać o morderstwie? Śmiechu warte.”

Jednak po przeczytaniu, a właściwie po wchłonięciu lektury, stwierdziłam, że Joannę Marat bez wyrzutów sumienia mogę nazwać polską, współczesną Agatą Christie.

Na okładce książki, oprócz wizerunku dwóch policjantów, widnieje pytanie: „Bardziej komedia czy kryminał?”. Oczywiście, że komedia. Wystarczy przyjrzeć się sylwetkom głównych bohaterów.

Pierwszy z nich to Marek Kos, zwany Koszmarkiem, przechodzący kryzys wieku średniego. Chodzi w starych ciuchach zakupionych na bazarze, pracuje na wiecznym kacu, a większość słów, które wypowiada, zaczyna się na „ch” lub „k”. Swoje małe mieszkanie na Bemowie dzieli z eksżoną nazywaną pogardliwe Starym Kaloszem. Mimo, że czasy komunizmu już dawno minęły, nadkomisarz mentalnie tkwi w dawnych latach i ma problemy z dostosowaniem się do współczesnych czasów.

Drugi to komisarz Ernest Malinowski – całkowite przeciwieństwo swojego partnera. O ile Kosa można porównać do Yina, to Malinowskiego do Yanga, bo „w przyrodzie i policji musi być równowaga. Jak jeden pije na umór, to drugi powinien być niepijący.” I tak też jest. Maliniak nie zagląda do kieliszka, nie przeklina, zawsze ma wypastowane buciki i wyprasowane ubranie, posiada dużą wiedzę na temat otaczającego świata.

Mimo, że obaj pochodzili z innych środowisk to pracowali na jednej Komedzie i prowadzili jedną sprawę. Chociaż oboje mieli własne, czasem niekonwencjonalne, metody działania, od początku przeczuwałam, że poradzą sobie ze sprawą morderstwa Marzeny Kroczek.

Początkowo cała sytuacja została zarysowana dość groteskowo. Z jednej strony groźny, przestępczy półświatek, bezgłowe zwłoki, tropy prowadzące donikąd, a z drugiej komiczne w swojej wulgarności uwagi Marka Kosa, wtykająca wszędzie nos policjantka na czerwonych szpilkach -  Violetta Maj, czy przerysowana do granic absurdu postać otyłej prokurator Izabeli Potrykus. Komedia, nieprawdaż?

Dopiero z czasem, kiedy akcja nabiera tempa i powoli odkrywane są nowe i coraz mniej chlubne karty z przeszłości bohaterów, cała zabawa rozpływa się. Całość zaczyna przypominać klasyczny kryminał, gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszą, dobro walczy ze złem, a gra detektywa i jego ofiary zaczyna przypominać zabawę w kotka i myszkę. Kiedy bezlitosna przeszłość zaczyna deptać po piętach, a szara rzeczywistość wbijać kolejne szpile, bohaterowie stają się coraz bardziej zagubieni. Uciekają w alkohol, przelotne romanse oraz marzenia, które nie miały prawa zaistnieć w realnym świecie. To, co ich łączy to emblematy, które niczym mantra, przypominają o bolesnej tożsamości rujnującej obecne życie.

Po przeczytaniu „Monogramu” szczególnie zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze: precyzyjnie skonstruowane postacie, które można nazwać majstersztykiem psychologicznym. Każdy bohater powieści wnosi coś nowego do całej kryminalnej afery, pokazuje inne spojrzenie nie tylko na samą sprawę morderstw, ale i na życie w ogóle. Po drugie: jestem pod ogromnym wrażeniem, że ten świat pełen brzydoty, bluzgów, patologii, który zamieszkują ludzie zanurzeni w swoich kompleksach, nałogach i wstydliwych grzechach, stworzyła drobniutka, niepozorna kobieta.

Przesłanie książki jest jasne. Nie jesteś w stanie zmienić przeszłości. Ale ta zawsze powróci, w najmniej oczekiwanym momencie, aby zmienić ciebie.

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Joanna Marat, „Monogram”, Warszawa, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2014



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat