„Nie dzwoń do mnie” – recenzja

Recenzja książki „Nie dzwoń do mnie”.
Książka, która zrobi Ci większą sieczkę z mózgu niż gorzała.

Wiele w życiu przeczytałam porządnej i podrzędnej literatury o różnej tematyce. Wiele przeczytałam książek cienkich i opasłych, radosnych i wzruszających, tych przejmujących i wywołujących dreszcze, aż po te całkowicie bezpłciowe. Ale po raz pierwszy w życiu mam do czynienia z powieścią (powiedzmy..), której autorka zapadła na bardzo ciężką przypadłość o nazwie „biegunka pióra”. Serio!

Zacznijmy od tego, że bohaterkami powieści jest kilka przyjaciółek – infantylnych, dzianych amerykańskich Dżesik, których horyzont intelektualny zaczyna się i kończy na męskim kroczu. Na rozmowie o tych sprawach upływają im dni, tygodnie i miesiące. Gdy nadchodzi ślub jednej z nich, inna obrzyguje jej suknię ślubną. Na szczęście związek małżeński zostaje zawarty, a wszystkie koleżanki jak przystało na literacką operę mydlaną, skaczą jak potłuczone i piją do rana. Reszta książki opisuje miłosne przygody Caroline i jej partnera Simona. Ten wyjątkowo gorący ogier dla swej ukochanej wydaje się być wcieleniem Robin Hooda, Wilhelma Tella i Supermena razem wziętych. Nic dziwnego, że Caroline przyjmuje jego oświadczyny i cieszy się jakby była upośledzona umysłowo. A musi taka być, skoro jedyne na co ją stać to teksty w stylu: „Och kochanie, ten pierścionek pięknie prezentuje się na twoim penisie”. I może na tym skończę swoją opowieść.

W trakcie czytania książki, która zresztą nudziła mnie niemiłosiernie, zerknęłam na okładkę i… o zgrozo! Zauważyłam, że ten wątpliwej reputacji bestseller miał swoich poprzedników. W tym momencie chciałam uklęknąć i dziękować Bogu, że żadnego z nich nie było mi dane przeczytać. Jednak tego nie zrobiłam. Cóż…

Uważam, że gdyby miarą dobrego gustu w literaturze miałaby być tego rodzaju książki, to rzeczywiście stoimy w obliczu jakiegoś szaleństwa. Mam wrażenie, że niektóre autorki, szczególnie babskiej literatury, idą po linii najmniejszego oporu i uważają, że mnóstwo seksu, seksu i jeszcze raz seksu przeplatanego rozmówkami o niczym, są doskonałą receptą na czytelniczy sukces. I mam nieodparte wrażenie, że Alice Clayton w tą pułapkę wpadła. W książce naprawdę nie znalazłam nawet jednej mądrej wypowiedzi czy zdania nad którym warto się pochylić, zastanowić. Wręcz przeciwnie! Niektórymi przemyśleniami bohaterek można byłoby nawozić buraki, a nie tworzyć z nich niby – literaturę.

Podsumowując, powiem, że gdybym dowiedziała się, że istnieje konkurs na „Arcydzieło sztuki rynsztokowej”, bez zawahania zgłosiłabym tę właśnie książkę. Co więcej! Dodam, że miałaby szansę uplasować się w pierwszej trójce.

Jeżeli ktoś wie na czym polega klamrowa kompozycja powieści, to już tak na zakończenie, chciałabym dodać, że i ta również ją posiada. Zaczęła się bełtem jednej z bohaterek i skończyła się bełtem. Moim.

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Alice Clayton, „Nie dzwoń do mnie”, wyd. Pascal, Bielsko – Biała, 2016 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat