„Obława” – recenzja

Recenzja książki „Obława”.
Kolejna odsłona mrocznego świata stworzonego przez Piotra Kościelnego.

Świat serii Piotra Kościelnego od pierwszych tomów z komisarzem Sikorą przyciąga czytelnika brutalnością, tempem i bezkompromisowością. I trzeba powiedzieć jasno: to wciąż działa. Ale coraz częściej działa jak młot pneumatyczny tam, gdzie wystarczyłby skalpel.

Ja naprawdę lubię Kościelnego. Lubię jego bezpośredni styl, umiejętność budowania napięcia i fakt, że nie bawi się w literackie ozdobniki, tylko wali historią prosto w twarz. Problem polega na tym, że w „Obławie” to uderzenie zaczyna przypominać serię ciosów zadawanych bez opamiętania — aż do momentu, gdy zamiast bólu czujemy raczej znużenie.

Wejście w „Obławę” jest jak powrót do dobrze znanego, choć niekoniecznie przyjaznego miejsca. Sikora to nadal ten sam bohater — zmęczony życiem, twardy, nieco wypalony, ale jednocześnie niezdolny do odpuszczenia. W jego postaci zawsze była jakaś autentyczność: nie jest superbohaterem, raczej człowiekiem, który po prostu nie potrafi się zatrzymać. W poprzednich tomach Kościelny umiejętnie balansował między brutalnością a wiarygodnością. Zbrodnie były drastyczne, ale wpisywały się w ramy, które — choć przerażające — wydawały się możliwe. Tu ten balans zaczyna się chwiać.

Nie da się uciec od wrażenia, że autor postanowił podkręcić wszystko do maksimum. Mamy więc galerię antagonistów, którzy wydają się wyjęci z najciemniejszych koszmarów — albo raczej z katalogu najbardziej chorych pomysłów, jakie można upchnąć w jednej książce.

Psychopaci uciekający ze szpitala psychiatrycznego? Są. Kanibal? Oczywiście. Facet, który porywa ludzi, by zmusić ich do zapłodnienia własnej siostry? Też się znajdzie. Wariat mordujący policjantkę. No pewnie.

I tutaj pojawia się problem: kiedy wszystko jest ekstremalne, nic już takie naprawdę nie jest. Zło przestaje przerażać, bo staje się przewidywalne w swojej przesadzie. Zamiast napięcia w mojej głowie pojawiło się pytanie: „Co jeszcze autor wymyśli, żeby to przebić?” To zjawisko nie jest nowe w serii. Już w poprzednich częściach można było zauważyć tendencję do podnoszenia stawki z każdą kolejną książką. Ale wtedy Kościelny jeszcze kontrolował tę spiralę. Tu wygląda to tak, jakby kontrola zaczęła mu się wymykać.

Każda kolejna zbrodnia musi być bardziej szokująca niż poprzednia. Każdy antagonista bardziej odrażający. Każda scena bardziej brutalna. Tyle że literatura — nawet ta sensacyjna — potrzebuje kontrastów. Potrzebuje ciszy między wystrzałami. Tu tej ciszy brakuje. Efekt? Zamiast napięcia mamy ciągłe przeciążenie.

W tym wszystkim komisarz Sikora pozostaje jedynym punktem zaczepienia. I paradoksalnie to on ratuje tę książkę przed całkowitym rozpadem. Jego zmęczenie, frustracja, momenty zwątpienia — to wszystko nadal działa. Widać, że Kościelny najlepiej czuje się właśnie w psychologii bohatera, a nie w wymyślaniu coraz bardziej ekstremalnych zbrodni. Sikora jest wiarygodny. Świat wokół niego — już mniej.

Momentami ma się wręcz wrażenie, że bohater został wrzucony do historii, która zaczyna przypominać horror klasy B, podczas gdy on nadal próbuje funkcjonować jak w realistycznym kryminale.

Trzeba oddać Kościelnemu jedno: jego styl nadal działa. Krótkie zdania, dynamiczne sceny, umiejętność prowadzenia akcji — to wszystko sprawia, że książkę czyta się szybko. Bardzo szybko. To jest ten typ powieści, który „połyka się” w kilka wieczorów. Problem w tym, że po skończeniu zostaje raczej uczucie przesytu niż satysfakcji.

Największym zarzutem wobec „Obławy” jest przekroczenie granicy wiarygodności. Nie chodzi o to, że literatura kryminalna musi być w 100% realistyczna. Ale musi zachowywać pewną wewnętrzną logikę. Tutaj ta logika momentami się rozpada. Zbieg okoliczności goni zbieg okoliczności, a eskalacja przemocy sprawia, że trudno uwierzyć w przedstawiony świat. W poprzednich częściach Kościelny budował napięcie poprzez historię i bohaterów. Tutaj coraz częściej robi to poprzez szok. Szok oczywiście działa. Ale tylko do pewnego momentu.

Czytając tę książkę, trudno nie wracać myślami do wcześniejszych tomów. Tam brutalność była środkiem do celu. Tutaj momentami wydaje się celem samym w sobie. „Obława” momentami bardziej przypomina thriller ekstremalny albo wręcz horror niż klasyczny kryminał. I znów — to nie musi być wada. Problem polega na tym, że seria o Sikorze była czymś innym. Miała swoje korzenie w realistycznym kryminale. Tutaj te korzenie zaczynają się rozmywać.

Mimo tych wszystkich zastrzeżeń trudno skreślić Kościelnego. To autor, który potrafi pisać i który stworzył bohatera, do którego chce się wracać. Uważam jednak, że „Obława” jest sygnałem ostrzegawczym. Jeśli kolejne części pójdą w tym samym kierunku, seria może stracić to, co czyniło ją wyjątkową.

Bo czasem mniej znaczy więcej. A strach, który rodzi się z niedopowiedzenia, bywa silniejszy niż najbardziej makabryczna scena.

Anna Stasiuk

Piotr Kościelny, „Obława”, Skarpa Warszawska, Warszawa, 2026.



Komentarze




Newsletter

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat