Zakochaną kobietę można porównać do ćmy. Zobaczywszy przebłysk światła, leci do niego, nie bacząc czy jest to lampa, czy żywy ogień. Po prostu leci. A może się sparzyć lub spłonąć. Ale czy to jest ważne, skoro świat z dnia dzień zyskuje coraz piękniejsze odcienie? Ach, ten ukochany mężczyzna… On staje się powodem, dla którego codziennie wstaje z łóżka, dla którego kupuje nową sukienkę, bieliznę czy buty. Obiektem marzeń i westchnień. Bohaterem wyobrażeń, w których gra główną rolę. Ideałem pozbawionym wad i nałogów.
Taka właśnie miłość spotkała Karolinę – główną bohaterkę powieści. Karolinka, cóż jak każda Karolinka, była troszkę zakompleksioną romantyczką, do szaleństwa zakochaną w książkach i do szpiku kości nienawidzącą swoich piegów i rudych włosów. Uczucie do Filipa spłynęło na nią jak grom z jasnego nieba. Przystojny, ciemnowłosy mężczyzna oczarował ją tak bardzo, że dziewczyna nie rozróżniała dnia od nocy. Co chwilę wyglądała z okien biblioteki, w której pracowała, czy ukochany przypadkiem już nie nadjeżdża. Co prawda nie miał białego konia i pałacu, ale zielone Suzuki i własne mieszkanie we Wrocławiu w ostateczności zadowalało Karolinę. Jedno tylko ją niepokoiło. Dlaczego nikt nie podzielał jej entuzjazmu?
Inni widzieli więcej niż Karolina, której klapki na oczach nie pozwalały na trzeźwy osąd sytuacji. Filip okazał się być książkowym przykładem maminsynka. „Mój dom to mój pałac. Mój mąż to mój król” – to motto matki mężczyzny, która wychowywała swojego jedynaka w kulcie przesadnej miłości do swojej osoby. Karolina nie protestowała, kiedy Filip siadał przed telewizorem, każąc sobie usługiwać. Nie mówiła nic, gdy ten wyjeżdżał bez słowa. Chcąc uniknąć niezadowolenia swojego ukochanego, chodziła w tych ubraniach, które to on jej wybrał. Bez słowa sprzeciwu powtarzała za nim upokarzające słowa. Tłumaczyła każde zachowanie Filipa, biorąc całą winę za siebie. To wszystko w zamian za akceptację i strzępki zainteresowania ze strony mężczyzny.
Kiedy ukochany wyszedł z propozycją ślubu, mogłoby się wydawać, że teraz już będzie inaczej. Co prawda nie było ani pierścionka, ani zmówin, ani szumnych przygotowań, ale przecież ślub jest koronnym dowodem, że kogoś się kocha… Czy na pewno?
Powieść Aliny Białowąs to przede wszystkim miła i wciągająca lektura, która szczególnie w wannie wypełnioną gorącą wodą, może spowodować, że kąpiel przeciągnie się na długie godziny. Ale nie tylko. To przede wszystkim książka, która pokazuje może nie tyle jak zgubna jest miłość, ale jak niefortunne w skutkach może okazać się ślepe zauroczenie i chęć zapełnienia pustki w swoim życiu za wszelką cenę.
Karolina to kochana osóbka, której książkowa kreacja naprawdę do mnie trafiła. Może dlatego, że moja najlepsza przyjaciółka troszkę ją przypomina w swoim lekkim zwariowaniu i romantycznych porywach serca. Uważam, że obydwie zasługują na naprawdę wyjątkowych mężczyzn, które pokochają je bezwzględnie, mocno i na zawsze. Nie mogę doczekać się kolejnej powieści o losach dziewczyny pt. „Zaufaj mi, Karolino”.
Recenzję chciałabym zadedykować wspomnianej już przyjaciółce Karolince, która jest równie pozytywna jak ta z książki. Uważam, że pani Alina Białowąs powinna zapoznać się z jej życiorysem i stworzyć kolejną powieść pt. „Świecie, uważaj na Karolinę”. Bo te potrafią nieźle namieszać.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Alina Białowąs, „Obudź się, Karolino”, wyd. Replika, Zakrzewo, 2016 r.
Komentarze